Nie czepiajcie się z taką brutalną nachalnością mnie jako człowieka i sposobu mego życia; każdy artysta jest podwójną istotą: metafizyczną, a więc tą, która tworzy — i tą osobistą, która tej pierwszej jest narzędziem. Wszelakie osobiste cierpienia, wszelakie szały i bóle stwarza w artyście owa metafizyczna istota, by z nich czerpać świeże natchnienie, gwałtowny pochop do tworu. Artysta żyje nie tak, jak chce, ale tak, jak ta wieczna, metafizyczna istota w nim go urabia.
I otóż ta utajona, metafizyczna, twórcza istota we mnie sprzęgła mnie od pierwszej chwili nieprzezwyciężalną siłą miłości z tą właśnie kobietą, którą niepojęte wyroki Tego, z którym twórca „był i jest przed początkiem”, wplotła już przedtem w koło przeznaczeń Kasprowicza.
Ciężki grad kamieni niechlujnego i fałszywego oburzenia spadł — może tylko w kilku wypadkach było szczere ze strony krótkowidzących ludzi, którzy nawet przeczuć nie mogli, czym się miało stać to przeżycie dla Kasprowicza w jego tworze, który teraz dopiero niesłychanym napięciem bólu osobistego miał się wyolbrzymić do potęgi, jaka jego Hymny rozpiera — i nade mną oberwała się ta sama chmura kamiennego gradu — już nie na twórcę, ale na Judasza!
I jaki ten szał prześladowania, który do dziś dnia jeszcze — mimo całego zadośćuczynienia, jakie się społeczeństwu dało, bo wiąże mnie z moją żoną i ślub cywilny, i od 1 sierpnia 1925 roku — ślub w kościele katolickim — nam spokoju nie daje — och! jaki maluśki, marny i obłudny!
Cóż winna moja żona, że ukochała twór potężnego artysty, a z nim jako z mężczyzną zróść się nie mogła? W chwilach wolnych od tak ludzkiego, zbyt ludzkiego rozgoryczenia, przyznawał Kasprowicz, że nikt go tak głęboko nie rozumiał, jak właśnie ta, ta wyklęta, ta poza nawias społeczeństwa wyrzucona; a świadectwem jego wielkiej i wdzięcznej duszy to właśnie, że nigdy jej pamięci nie poniewierał i dzieciom na oścież dostęp do matki otworzył.
Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć: nie piszę tu jakiegoś peanu na cześć mej żony, raczej tej męczeńskiej ofiary, jaką jej zasię Przeznaczenie kazało złożyć z swego życia, by ten metafizyczny, twórczy, nigdy niesyty Moloch w duszy każdego twórcy mógł być zaspokojony.
I nie znam w całej wszechświatowej literaturze jednego wypadku, w którym by jedna i ta sama kobieta odegrała tak ważką rolę w życiu dwóch, wprawdzie bardzo spokrewnionych, a równocześnie całkiem sobie obcych artystów.
I dla jednego i drugiego stała się męczeńską glebą, na której równocześnie z głębokich podziemi bólu wyrwała się straszna pięść, Bogu grożąca w przebolesnym hymnie: Święty Boże, Święty Mocny — kiedy w tym samym czasie odbywała się na niej rozpaczna msza miłości, taka pełna bezdennego smutku, pozaświatowych upojeń i bolesnego przeświadczenia o tym, co jest najstraszniejsze w życiu: świadomość potępienia! — Kto wie, czy książka moja W godzinie cudu nie jest moją najgłębszą?
Potępienie?!
Któż dziś coś o nim wie — to pojęcie całkiem wykreślone z słownika tak zw. „powojennego życia”, w którym ponoć ciężkie ongiś zbrodnie dziś dansingową zabawką — sumienie pęcherzyną, którą się kotu do ogona przywiązuje i bawi się wściekłymi skokami zwierzęcia, co chce się jej pozbyć, bo człowiek dawno się już wyzbył — ale był czas, kiedy ta straszliwa świadomość potępienia ryła głębokie bruzdy na czole, śmiech u ust spłaszczała, a oczom nie pozwoliła się do snu kleić.