Świętokradztwem byłoby mierzyć tę miłość, która żonę moją za nawias społeczeństwa wyrzuciła, a mnie ciężkim przekleństwem obarczyła, bynajmniej nie Kasprowicza, bo umiał się ukorzyć przed wyrokami Tego, z którym „przed początkiem” bytował, ale przekleństwem haniebnej obłudy społeczeństwa, które toleruje nawet najhaniebniejsze zbrodnie, byleby się tylko bez publicznego rozgłosu obeszło — świętokradztwem, powtarzam, gdyby i nadal jeszcze miano tę wielką tragedię miłości mierzyć miarą dobrotliwą, wyrozumiałą, wspomagającą, jaką się teraz przykłada do bezliku rozwiedzionych małżeństw!

To było całkiem coś innego — coś, co dla współczesnego człowieka niełatwe jest do pojęcia, a może nawet całkiem niezrozumiałe:

W tej mojej nagłej, nieprzezwyciężalnej miłości ku tej kobiecie, która była żoną nie przyjaciela, bo z Kasprowiczem nie łączyło mnie nic więcej, jak tylko wspólnota tej samej ziemi, która nas zrodziła, tkwiło coś innego, jak zwykły samczy pociąg: znalazłem dopełnienie tego, za czym ta metafizyczna, twórcza istota we mnie tak długo daremnie tęskniła.

A teraz już nie mówię o żonie — mówię o tym męczeństwie, może być: cięższym i boleśniejszym dla duszy twórcy, w każdym razie potępieńczym męczeństwie, które było konieczne, by mogły się na świat cały rozkrzyczeć przebolesne Hymny Kasprowicza i tym męczeństwie ze mną, wyklętym, przez wszystkich opuszczonym, a przy którym ona jedna tylko wytrwała, tym wyklinanym, ośmieszanym poéte maudit, który całymi garściami czerpał z jej bogatej duszy.

Aż nadto dobrze wiem, co mam jej do zawdzięczenia, gdym budował to najistotniejsze, com stworzył — dramaty moje.

Pełno jest kobiet, które się kręcą, plątają w życiu twórców, ale o żadnej nie będzie można powiedzieć tego, co mogę z najgłębszą powagą powiedzieć — nie o mej żonie, bo w tym wypadku osobiste stosunki żadnej roli nie odgrywają — ale o tej, która mocą swej inteligencji, zdumiewającej intuicji tak poważnie zaważyła na szali twórczości zarówno Kasprowicza, jak mojej. I ta spotwarzana, wyklęta może mieć tylko jedną wielką satysfakcję: bogactwo szali jednego i drugiego, której się dotknęła, pomnożyło się w dziesięcioraki sposób.

VI

Tymczasem „Życie” właśnie w tym czasie nabierało coraz silniejszego rozpędu. Nie było numeru „Życia”, który by się nie był stał, w pewnej oczywiście mierze — bo nie trzeba zapominać o tym okresie czasu667, w którym „Życie” wychodziło — czymś rewelacyjnym.

Olbrzymią zaiste rewelacją było pojawienie się pierwszych Hymnów Kasprowicza: Dies irae, następnie Salome, a w końcu: Święty Boże, Święty Mocny... Podówczas nie było w Polsce żadnego czasopisma, w którym te potężne objawienia ukazać by się mogły — jeżeli czymśkolwiek mogłoby „Życie” uzasadnić nawet wobec najzacieklejszego wroga swoją rację bytu, to tym wielkim splendorem, jakim Kasprowicz „Życie” obdarzył. Tak zwany zwrot w twórczości Kasprowicza, który taki gorący entuzjazm wywołał w słynnej apostrofie Miriama, przytoczonej już przeze mnie — wywarł niezmiernie głębokie wrażenie na ten cały „Młody Kraków”, jaki mnie otaczał. Na razie rzadko kto zdawał sobie sprawę, że stanął wobec jakiegoś wielkiego objawienia, niemniej jednak wywołała ta żywiołowa potęga, która duszę ludzką rozsadzać się zdawała, jakieś dech zapierające zdumienie, przestraszał ten ogrom apokaliptycznych wizji, zimnym dreszczem zbiegał pacierze — siedlisko transcendentalnej duszy — groźny majestat nadludzkich cierpień, w których się wiła nie już dusza pojedynczego człowieka, ale dusza wszechświata.

Widzę przed sobą piękną i szlachetną twarz Stanisława Lacka, tego niezwykle uzdolnionego Żyda, którego już od samego początku do redakcji „Życia” powołałem, a który stał się dla tego pisma bardzo cenną siłą, jak się boleśnie skurczyła, kiedy czytał manuskrypt Święty Boże... zbielałe jego wargi mamrotały maniacko: „Na kolana, na kolana!” — a coraz więcej znalazło się takich, którzy w głębokim nabożeństwie na kolana padali przed tym, grozy Sądu Ostatecznego pełnym: Tantum ergo sacramentum668 — sakramentem Bólu, z którego iłów Wszechświat się wyłonił.