Wprawdzie już parę miesięcy przedtem wydrukowany w „Życiu” poemat Kasprowicza: Dies irae dokonał ogromnego zwrotu w ocenie wielkości Kasprowicza, którą dotąd jeszcze zapoznawano — tak się już ustaliła opinia o Kasprowiczu, jako o tym, który „służbę publiczną” spełnia i już na całe życie związany z tym obozem, dla którego poezja, niebędąca na usługach społecznych celów i dążeń, była jedynie jeżeli już całkiem nie zbytecznym luksusem, to w każdym razie czymś, bez czego społeczeństwo obyć by się mogło.
Z większym jeszcze zdumieniem powitano krótko potem Salome669, ten przepotężny symbol kobiety-samicy, woli wszechświata, prałona — pani, która kłam zadała słowom Jahweh, że wola jej będzie poddana mężowi, a on nad nią panować będzie, bo ponad wszelkim bytem święci się samica — ten wielki symbol, wobec którego — och! jak błahymi i bladymi słowami wydaje mi się to, com o tej salomeicznej potędze kobiety-samicy powiedział, gdym ją sławił jako Mylittę, nierządnicę babilońską, która nigdy pragnień nie gasiła, a ulubieńców swych w ogień piekła rzucała — gdym ją sławił jako Izis, która słońce w niepokalanym poczęciu porodziła, a nikt z śmiertelnych nie podniósł jej sukni — gdym ją sławił jako Athene, która nigdy nie zaznała łona matczynego, bo ją jasne przestrzenie mózgu zrodziły — i tę potęgę symbolizowałem w świętych dziewicach teutońskich lasów, przez które Wotan670 swą wolę objawiał — och! jak mizerne wydają się wszystkie moje wysiłki, by tę samą myśl wypowiedzieć wobec tej nadludzkiej Salome671 Kasprowicza: to już nie symbol — to nagły piorun objawienia (och! jak głupia i dansingowa wobec tej Salome — „star” Herodessa Salome u Oskara Wilde).
Otóż:
już te dwa uprzednio w „Życiu” drukowane poematy zniewoliły cały młody Kraków i wszystko, co się naokoło „Życia” skupiało, do zbożnego i zdumionego podziwu dla tego, którego jeszcze do niedawna stawiano o mało co na tym samym piedestale, na jakim Andrzej Niemojewski się rozpierał (ślepota wywołana tak zwanymi modernistycznymi prądami, a raczej modernistycznym kabotynizmem), ale z chwilą gdy się pojawił ten hymn nad hymnami: Święty Boże — ustała już wszelka dyskusja na ten, dziś dla nas niepojęty temat: czy Kasprowicza należy zaliczać w rząd istotnie wielkich twórców.
Cały młody Kraków — nie wiem, jak myślała Młoda Polska, a raczej wiem jedynie o Miriamie, który pierwszy mi wskazał drogę do Kasprowicza, ukorzyła się przed tym wielkim objawieniem potęgi twórczej w Kasprowiczu, a ekstatyczny zew jednego z najmłodszych do społeczeństwa: Onorate l’altissimo poeta672 znalazł gorący oddźwięk w sercach wszystkich tych, którzy naokoło mnie trwali.
A wśród nich może najgłębszy w smutnej, samotnej, głębokiej i dlatego może właśnie ponurej duszy jednego z najmłodszych:
Władysława Orkana673!
Z głęboką miłością myślę o nim, gdy pamięcią się zwrócę w te dawne, dawne czasy, gdym go poznał. A poznałem go właśnie krótko po przeczytaniu bardzo miłej i kochanej powieści Sewera: Matka, w której opowiada nam o tym niezmiernie smutnym i ciężkim dzieciństwie Orkana, kiedy to już od małego dziecka i podczas wiosennej, tygodniami całymi trwającej słoty, a gorzej jeszcze, gdy przymrozki kwiaty na łąkach dawno już zwarzyły i ziemię ścinać poczynają, chodził za owcami i krów pilnował. Wyobrażam sobie tego wątłego chłopaka, gdy się musiał zrywać o świcie, zaledwie się w zimnych nocach pod pierzyną ogrzać zdołał, i gnać owce i bydło w pole — ba! gdyby to było w pole, takie bezbrzeżne, kujawskie, gdzie na całe mile widzieć można, co się wokół dzieje, ale Boże użal się nad tym podhalańskim polem, górzystym, lasami porosłym i znowu ba! gdyby to były lasy — ale te przetrzebione lasy wyglądają jak łany nędznego żyta, jak zgrzybiała, przerzedzona broda starca. Dla dziecka Podhala — a jest nim w każdym calu ten piękny i rzeczywisty autochton tej ziemi: Orkan — ziemia ta jest oczywiście największą pięknością, a gdziekolwiek się znajdzie, wszystkie jego tęsknoty i myśli wracają tędy — według pięknego określenia Potockiego, jak dzikie łabędzie w swoją ustroń — ja zaś, który tak często przez Podhale do Zakopanego przejeżdżałem, nie mogę sobie nic smutniejszego wystawić nad to „skalne” Podhale. Z daleka tylko, z okien wagonu i to zwykle w pochmurnym, jeżeli nie dżdżystym, to irytującym kapuśniakiem rozpłakanym czasie — kiedy tam właściwie słońce świeci? — widywałem tę ziemię, która wydaje się być cała „zamarzłą kępą, a na niej wieczna leży zima” i zawsze musiałem myśleć o tej smutnej, niemal ponurej duszy Orkana, która wskutek prawa jakiegoś tajemnego, psychicznego mimikry w kształty tej ziemi się przyoblekła.
I zawsze podziwiałem tę jego niezmożoną, zaciętą siłę, jaką swej duszy marznąć nie pozwolił, i wciąż od nowa gorący żar miłości w niej rozniecał, a nieraz zastanawiałem się, jakim cudem znalazła się w tej ponoć chłopskiej duszy ta przeczulona prawie subtelność i delikatność uczuć, to dumne samopoczucie swego dostojnego człowieczeństwa! A jeżeli Orkan się kiedy z głęboką pokorą kajał, to jedynie wobec tych idealnych nadwartości życiowych, których już w zaraniu swego bytu poszukiwał, a niezadługo miał je sam stwarzać.
Na razie poznałem Orkana tylko z tych kilku utworów porozrzucanych w rozmaitych pismach i tych, które mi do „Życia” dawał — później dopiero miał się jego wielki talent w całej pełni rozwinąć, kiedy już „Życie” istnieć przestało, ale to, com z jego dorobku twórczego poznał, starczyło zupełnie, by się z nim bardzo poważnie liczyć i pokładać w nim te nadzieje, które już w bliskiej przyszłości nie tylko spełnił, ale do tego korca, jakiego się po nim spodziewano, jeszcze bogaty i szczodry czub dosypał.