Który nadzieją martwe serca pieści,
Spowita płaszczem bezdennego cienia,
Źródło mej pieśni, macierzy natchnienia: Boleści!
Wszystko już wtedy przetwarzało się w duszy dziecka na cierpienie, co miałem dziesięć lat później w mej książce Na drogach duszy ogłosić, jako jedyną oś twórczego bytu, kosmiczną potęgę, która światy z siebie wyrzuciła, jądro wszelakiego istnienia.
A równocześnie rósł w nieskończoność strach przed tym upragnionym majestatem piękna w cierpieniu, chory lęk przed życiem i koniecznością, musem życia, przed tym wszystkim, co Huysmans, zgrzytając zębami, zowie la sale corvée de la vie! A już się tego ohydnego, upokarzającego, niszczącego ciężaru trosk życia powszedniego pozbyć nie miałem!
Materialne stosunki w domu rodzicielskim pogorszyły się niepomiernie wskutek ciężkiej choroby ojca — trzeba było opuścić Toruń i przenieść się do przyrodniego brata ojca — do Wągrowca.
Mały folwarczek, który nosił dziwaczną nazwę: Ameryka, był bardzo miły: za stodołami i stajniami płynęła wśród rozkosznych łąk wąziutka, ale piękna rzeczka Wełna, która cały Wągrowiec przepływa, niedaleko zaś rozpostarło się piękne Jezioro Durowskie, a na jego przeciwległej stronie pysznił się bujny las.
Wprawdzie nie gościłem długo w tej Ameryce, ale pół biedy było, żem w niej ostatecznie wylądował.
I tu, w Wągrowcu spotkałem się z moim drugim „współczesnym”: Władysławem Rabskim53.
Było to rok przed maturą. Obie ostatnie klasy były podczas niektórych przedmiotów połączone w jedną, i właśnie podczas wykładu języka polskiego, a wykładał go profesor, który od nas dopiero się tego języka uczył, poznałem Rabskiego, na razie jeszcze dosyć z daleka.