Nas wszystkich uderzyła piękna, wysmukła postać, pewność siebie, żywa twarz o dużych, wyrazistych oczach.

Wszedł do sali, przystanął na progu i pokłonił się z trochę dobrotliwym, trochę kpiącym uśmiechem — on, dziecko wielkiego miasta, a takim wydawał się nam, mieszkańcom małego miasteczka, ten prawie mityczny Poznań, z którego Rabski przybywał.

Już na pierwszej lekcji dał nam się poznać z giętkiej, swobodnej swady, która nas w zdumienie wprawiała, bo nikt z nas nie odważyłby się — właśnie w czasie najsroższego rygoru szkolnego w Prusach — przemawiać w ten sposób do swego profesora, jak on.

Staruszka, który nielitościwie kaleczył język polski, nazywał nie panem, ale paniczkiem, a cokolwiek tamten powiedział, zbywał ironicznym uśmiechem, który znowu tak starcowi imponował, że po ukończeniu lekcji pytał się mnie — on, którego ojciec mój jeszcze pamiętał jako rektora:

— Co to za Rabski? A jak on się pisze? przez b czy przez p?

Niedługo trwało, a Rabski zapanował bezwzględnie nad całą naszą umysłowością, i to nie jakimś przeświadczonym o swej sile terrorem, jaki zwykle wywierają chłopcy, świadomi swej wyższości, na swych młodszych kolegów, przeciwnie, odnosił się do nas — którzy z całym tym „wielkim” światem żadnego kontaktu nie mieliśmy, a nasz horyzont umysłowy nie sięgał w literaturze poza rok 1870, włączając do doby romantyzmu jeszcze Kraszewskiego — z oględną i delikatną wyrozumiałością, więc nie dziw, żeśmy się wszyscy z miłością i podziwem do niego odnosili.

Zapoznał nas przede wszystkim z prądami pozytywizmu, przywiózł nam dwa roczniki „Prawdy” Świętochowskiego, którego nade wszystko uwielbiał i to uwielbienie w nas wszczepił; od razu zaabonowało nas paru „Prawdę”, co swoją drogą stanowiło niemały wyłom w naszym budżecie; od razu zapoznaliśmy się z nowymi prądami w polskiej literaturze, o które podówczas tak namiętne i gwałtowne walki się w Warszawie toczyły; a niczym to wobec tego, że przywiózł nam Żywot Chrystusa Dawida Straussa54 i — księgę dla nas zdumiewających rewelacji i doszczętnego wywrotu w całym naszym światopoglądzie — biblię materializmu: Kraft und Stoff Büchnera55. Dziś żaden z współczesnych nie byłby w stanie zrozumieć tego piorunującego wrażenia, jakie ta książka na nasze młode umysły wywarła. Büchner rozwiązał w niezrównanie łatwy sposób wszystkie zagadki bytu; wytłumaczył, w jaki sposób mózg wytwarza myśli; jak się światy tworzyły; jak wysoce naiwna i dziecinna jest koncepcja bóstwa, a wprost już zabawne pojęcie jakiejś duszy, a w dodatku jeszcze nieśmiertelnej: dusza istnieje, jak długo zasoby fosforu na jej życie wystarczają; w chwili gdy mózg umiera, dusza istnieć przestaje.

Tysiąc innych jeszcze rzeczy, które mózg chłopaków, udręczony rozwiązywaniem najzawilszych zagadek, bezustannie zaprzątały, umiał Büchner szczęśliwie doprowadzić do jednego mianownika: Kraft und Stoff56, a można sobie wyobrazić, jak rozkosznie uspokajały te nieskończenie naiwne, prostackie wywody chciwą ciekawość dzieciaków, nieobeznanych z najprymitywniejszymi kategoriami filozoficznego myślenia.

I przywiózł nam Rabski Ibsena57: Upiory, Wroga ludu, Branda i Peer Gynta... Nie pomnę tak wstrząsającego wrażenia, jakie na mnie dramat Upiory wywarł, a ponury postulat Branda: „Wszystko albo nic!” — miał odtąd przez długie lata stać się wytyczną mego życia.

Strasznie się zakotłowało poonczas w moim mózgu, a że gleba na przyjęcie tego „trującego zielska” — fleurs du mal58 — była aż nadto przygotowana, wybujał też ten „chwast”, jak to się poonczas „przeklęta” wiedza nazywała, wybujał niepomiernie, strzelił wysoką łodygą w górę, a w cieniu jego bogatego listowia dojrzały te wszystkie pierwiastki, z jakich, jak się później dowiedziałem, złożona jest dusza „bladego przestępcy” Nietzschego59bleicher Verbrecher — który nicuje wszystkie wartości, rozbija stare tablice, idzie we wszystkim na opak, a co czyni, czyni na odwrót.