Zdarzyło się, że dopiero po paru dniach go odwiedziłem.

— Oj, wesołą nowinę mogę panu zwiastować.

— Co takiego?

— Bardzo poważny nakład... Fontane et Co będzie drukować pańską broszurę.

Nie wiem, czym kiedy był tak zakłopotany, onieśmielony, zafrasowany...

To byłoby trudne do zrozumienia, gdyby nie to, że ja do dziś dnia uczuwam jakiś dziwny głęboki wstyd, gdy widzę wydrukowane moje nazwisko, a przecież dawno powinienem był się z tym otrzaskać. Jakiś afisz mego dramatu lub odczytu fizyczny wprost ból mi sprawia, a gdy się znajdę na estradzie, kolą mnie te setki oczu, zwróconych na mnie, gdyby163 ostre, przykre szpilki.

Zwierzyłem się Aschowi z tej przykrości.

— Z czegoś pan żyć musi, z medycyny już nic! Teraz pozostaje dla pana tylko literatura, a pan pisać umie — zdumiewające, że pańskimi pierwocinami kto inny mógłby zakończyć. Ale mniejsza o to — komplementów prawić nie będę — manuskrypt pański zaniosłem znajomemu mi krytykowi, teraz już w Berlinie bardzo poważanemu. Zna pan jego nazwisko? Franciszek Servaes164.

On — zaledwie zdążył przeczytać — pobiegł do znajomego nakładcy Fontane, co go wielkiego trudu nie kosztowało, bo Fontane mieszka o piętro niżej. Fontane w tej chwili wziął, a ja wydusiłem od niego nawet honorarium w kwocie stu marek — to bardzo dużo, bo pan wie, że „początkujący” muszą nakładcy opłacać koszt druku!

Byłem przygnębiony tą „radosną nowiną” — wstyd mnie dławił, bo nagle uczułem, że to wszystko, com napisał, było tak bezmiernie naiwne i głupiutkie — przecież to tylko tak dla siebie na kolanie pisane!