Ale już teraz nie mogłem odwrócić biegu mego przeznaczenia dostałem się w literaturę, a Bóg mi świadkiem, żem tego nie chciał, minąłem się z moim powołaniem, przecież ja miałem być muzykiem; jak tego sobie tak gorąco moja matka życzyła, a już jeżeli nie muzykiem — to księdzem! A i księdzem byłbym został, gdybym był zastał na ziemi gotyk! No, psychiatrą już teraz zostać nie mogłem.

Moje prymicje na „kapłana literatury” były jedną udręką. Omijałem ulice z księgarniami, w których mogłoby być moje dzieło wystawione na pokaz publiczny, lękałem się wziąć gazetę do ręki, by się tam nie spotkać z moim nazwiskiem.

Jednego dnia wdrapał się na czwarte piętro po niesłychanie brudnych wschodach w niechlujnym domu — najuboższej dzielnicy robotniczej — do mego mieszkania (he, he: pokoiczek, który zaledwie zdołał pomieścić łóżko, stół i dwa krzesełka) słynny już wtedy krytyk Franciszek Servaes.

— Nie przyszła góra do Mahometa, przyszedł Mahomet do góry — powiedział żartobliwie. — Swoją drogą przyznam się panu, że bym tej podróży na Wedding nie odbył — br! co to za dzielnica, pierwszy i ostatni raz ją widzę! — gdyby nie usilna prośba Oli Hanssona, serdecznego mego przyjaciela, bym pana mu, o ile możliwe, żywcem przyprowadził. Dziś jadę — niech się pan zbiera. Hansson chce koniecznie poznać człowieka, z którym wreszcie tu w Niemczech będzie się mógł porozumieć. Kartka, którą mi pisze, nie jest pochlebną dla nas, Niemców, ale widzi pan, ja tę pigułkę przełknąć mogę, ja pochodzę z Holandii.

Ola Hansson!

Zadrżałem z lęku, że mam stanąć wobec tego człowieka, który już od dawna był dla mnie czymś — jestem w kłopocie, by określić, czym był dla mnie poonczas Ola Hansson.

Prawda: on sam stworzył miano na tę bezmierną wartość w swym zbiorze krytycznych essays pod tytułem Seher und Deuter, książki świetnie przetłumaczonej przez Stanisława Lacka165 na język polski — pod tytułem, jeżeli się nie mylę: Jasnowidze i prorocy.

I tym był już od dawna dla mnie Ola Hansson!

Z głęboką miłością pisałem o nim w drugim tomiku Zur Psychologie des Individuums166 — nie potrzebuję się zatem tu dłużej rozwozić, jak wielką rolę odegrał w moim życiu umysłowym ten członek i artysta, z najszczerszego złota ukuty.

Nie w tym znaczeniu, by mnie pchnął na jakieś nowe tory — to było wykluczone, bo już wtedy byłem zbyt samoistnym, by podlegać obcym wpływom, ale swoimi, często i gęsto po wszystkich czasopismach niemieckich rozsypanymi, głębokimi i wytwornymi artykułami pobudzał mój mózg do coraz usilniejszej pracy. Jedna jego wskazówka wystarczyła, bym tygodniami całymi starał się dotrzeć do jądra rzeczy; uzupełniał i pogłębiał to, co już wiedziałem, a szukał dokładnej wieści o tym, o czym tylko napomykał i wspominał jako o rzeczy dla niego dawno już znanej, a całkiem obcej nie tylko dla mnie, ale i dla całej rzeszy literackiej w Niemczech.