Przyszedł do mnie raz kochany mój dr Asch — a daleko musiał wędrować, bo mieszkałem w najwięcej osławionej dzielnicy robotniczej na północy Berlina — zachwycał się moją wspaniałą „budą”: stół, krzesełko i łóżko, tak twarde, że niczym prycza więzienna, a potem jął mi robić wyrzuty, że tak długo się u niego nie pokazałem. Dziś jednakowoż już się niczym nie wykręcę: bliski jego kolega, Karol Schleich247, późniejszy profesor chirurgii na uniwersytecie berlińskim, pragnie mnie poznać; a poza tym, jeżeli mnie ten wielki chirurg, który zachwycał się moją broszurą Ola Hansson (a który potem miał czerpać z mego bogatego materiału, przysposobionego do mej pracy: „O histologii rdzenia pacierzowego”), mnie tak dalece nie zaciekawia, to w każdym razie spotkam tam jednego z najtęższych poetów niemieckich — w całkiem innym guście jak bracia Hart, Wille lub Bölsche.
Nazwiska nie wymienił...
Dr Schleich posiadał bardzo piękną prywatną klinikę chirurgiczną i przylegające do niej wytworne mieszkanie. Schleich był nie tylko świetnym chirurgiem, wynalazcą nowego środka lokalnej anestezji przy operacjach, i to nawet bardzo ciężkich, jak wycinanie raka, ale posiadał bardzo piękny baryton i kochał śpiew nade wszystko.
Może w całym Berlinie trudno byłoby znaleźć równie piękny instrument, jakim był Steinway Schleicha.
Gdyśmy przyszli, spotkaliśmy już całe towarzystwo zgromadzone. Paru literatów już mi znanych: Hartleben248, Scheerbart i jeszcze paru innych, a gdzieś z kąta wychylił się młody, smukły człowiek o przedziwnie wyrazistej, całkiem posiekanej twarzy (pamiątka z menzur studenckich), o oczach płonących intensywnym a równocześnie dobroci pełnym blaskiem: Ryszard Dehmel249.
Znałem już to nazwisko, pochyliłem się głęboko przed nim; roześmiał się serdecznie i jeszcze głębiej skłonił się przede mną.
A, wisus!
Chciał mnie tylko ośmielić.
Z każdym innym artystą byłem zawsze przez dłuższy czas na „pan”, zaczem ten tytuł zrobił miejsce podczas jakiejś rozkosznej pijatyki, jakiejś alkoholem podnieconej heure de confidence250, poufałemu „ty”.
Dehmel podszedł do mnie, jakby mnie znał dziesiątki lat: