Jego replika, ociekająca pianą wściekłości, nie zrobiła wielkiego wrażenia, była prostą i ordynarną napaścią, ale od tego czasu był każdy, który nazwisko Hanssona wymówił, jego osobistym wrogiem, nad którym się bez miłosierdzia pastwił, a cóż dopiero nade mną, który całą broszurę o Oli Hanssonie napisał.

Tego mi zapomnieć nie mógł. Jeszcze w 1900 roku, kiedy Lwów na uroczystość odsłonięcia pomnika Sobieskiego zaprosił Brandesa, by wziął udział w tej uroczystości — et la tristesse de tout cela, o mon âme — pienił się Brandes przez całą drogę z Krakowa do Lwowa na „Życie”, na mój twór, a ostatecznie wywarł całą swoją złość na biednym Skrzyńskim320, który pragnął mu być ciceronem321 po Lwowie.

Zdumiewające było u tych Młodych Niemiec to pogardliwe lekceważenie wszystkiego tego, co przed nimi w piśmiennictwie niemieckim powstało.

Raz po raz słyszało się jakieś: „Nun ja — nun ja”, jeżeli wymieniało się Lenza, Grabbego, Kleista (z wielką restrykcją), Kellera322, może dlatego, że był najbliższym przyjacielem Böcklina323, ale poza tym: „nie będziesz miał innych Bogów przede mną!”

A to wszystko tkwiło w najgrubszym, bo na niemiecki sposób zbrutalizowanym naturalizmie Zoli — Zoli — Zoli!

Ale już poczęto około 1890 roku majaczyć o przezwyciężeniu naturalizmu — a pierwszy, który go przezwyciężył, był Paweł Scheerbart, kpił sobie z dedykacji Hauptmanna dla Arno Holza i Johannesa Schlafa: Den einzigen konsequenten Realisten.

— O ile ja wyżej stoję — mówił — od tych konsekwentnych realistów, ja — ja jedyny konsekwentny alkoholik? I cóż wy tak sławicie Hauptmanna? A kto słyszał o moich kometach z 48 roku, które szaleją teraz w delirycznej białej gorączce?

Ale niech powiedzenie Scheerbarta pozostanie żartobliwym wspomnieniem.

Istotnie pierwszym, który doszczętnie naturalizm przełamał, może dlatego, że nigdy w nim głębiej nie tkwił, był Ryszard Dehmel. Aby ocenić jego działalność i wpływ na ówczesny stan literatury niemieckiej, trzeba by osobne studium napisać, a przecież ja nie piszę dziejów piśmiennictwa niemieckiego, dotykam go tylko o tyle, o ile miałem z nim wspólnego, a raczej, by wykazać całą niesłychaną rozbieżność między moim tworem a pochodem twórczej myśli niemieckiej.

Dziś już Dehmel uznany przez całe Niemcy za największego liryka, jakiego Niemcy od czasów Goethego wydały — może jeszcze jednego Liliencrona można by obok niego postawić i obydwa nazwiska jednym tchem wymówić — ale był czas, kiedy tylko małe kółko już w pierwszym jego tomiku Erlösungen przeczuwało jego przyszłą wielkość; a dla tego kółka był Dehmel czymś tak mocnym, jednolitym, taki zbożny szacunek nakazującym, żeśmy wszyscy, ilu nas naokoło niego było, bezopornie podlegali jego umysłowej i kulturalnej przewadze.