Jako artysta formy olśniewał nas niesłychanym opanowaniem języka i twórczą siłą, z jaką ten język urabiał, naginał, zmuszał go do wypowiedzenia rzeczy, które, zdawałoby się, były całkiem niewypowiedziane, bo nikt — nawet Goethe — ich wypowiedzieć nie umiał; Dehmel stworzył sobie odrębną jakąś, a jak najzupełniej zgodną z duchem języka składnię, zużył wszelkie możliwości rozwoju tego języka, który, jak żaden inny z europejskich języków, wciąż jeszcze trwa w stanie rozwoju i nawet przewidzieć nie można, jak będzie za jakie sto lat się przedstawiał; w tworze Dehmla mnóstwo antycypacji tej fazy rozwoju, w jaką dopiero obecnie język niemiecki wkroczył, a która ówczesnym filologom włosy na głowie z przerażenia jeżyła; a takim rozrzutnym bogactwem melodii, taką ogromną skalą rytmu, nigdy przed nim język niemiecki nie rozbrzmiewał.
Jako myśliciel zdumiewał nas niezwykłą dojrzałością i głębią swych myśli, a mimo że jego światopogląd diametralnie różnił się od mego — tu w grę wchodziła głównie odrębność rasy — z pokorną czcią słuchałem jego wywodów, tak były przesycone żarem głębokiego przekonania i wiary w to, co mówił. Toteż bezustannie zasięgałem u niego rad, które w mojej twórczości oczywiście w co innego się przetwarzały i w inny sposób je zastosowywałem, jakby324 tego Dehmel był pragnął; był nawet nieraz zdumiony, jaki niespodziewany użytek z jego rad robiłem; niemniej zawdzięczam mu, żem niejedno, co mi się tylko jak we mgle zarysowywało, w pełnym świetle uświadomić sobie zdołał.
Obca mi była jego poezja, w której refleksje, filozoficzne dociekania i zagłębianie się w metafizycznych spekulacjach poezję jego do tego stopnia obciążały, że stawała się nieomal dydaktyczna; ale bliska i pokrewna tam, gdzie Dehmel wyczerpywał cały świat uczuć i namiętności we wszystkich jego wymiarach, kiedy wrył się jak kret pod ziemię i kopał w niej ganki, do których skąpe tylko światło się przedzierało, lub kiedy ze zdumiewającą intuicją wgrzebywał się w najskrytsze zakątki duszy ludzkiej.
Surowy sędzia, który sztuce wykreślał rozległe granice, stawiał jej najwyższe wymagania i brzydził się nieszczerym sentymentalizmem, miał chorobliwy wstręt do wszelkiego rodzaju frazesu lub płaskiego patosu, otrząsał się, gdy natrafił na coś, co w czymkolwiek jakąś gminnością trąciło, był on najpewniejszym drogowskazem dla kształcącej się dopiero duszy twórczej, borykającej się jeszcze z technicznymi środkami, jakimi się wszelkiego rodzaju twórczość posługiwać musi.
Najsurowszy sędzia dla siebie samego, był, jak już powiedziałem, niezmiernie surowym w ocenie tworu swoich najbliższych — a taki posiadał w naszym gronie, to znaczy w obrębie swego małego kółka, bezwzględny autorytet, że jeżeli Dehmel powiedział: „To nic niewarte” — albo choćby: „Mógłbyś był to lepiej napisać” — starczyło, by utwór ten bezzwłocznie odbył wędrówkę do pieca.
Widywałem u Dehmla stosy manuskryptów Liliencrona — bo Liliencron nie napisał jednego utworu, którego by nie przesłał Dehmlowi do oceny. Dehmel całe noce trawił na kreśleniu tych rzeczy, które nazywał lirische Dummheiten325, a które się i największemu lirykowi zdarzają; słowa wyszłe z obiegu zastępował żywymi, sugestywnymi słowami, a gdzie napotkał na martwe miejsca — nazywał je Lückenbüsserami326 — dawał wskazówki, jak i czym je wypełnić można; czasami tak pokiereszował manuskrypt, że go trudno było rozpoznać, ale w tak twórczy sposób, że artysta z rozkoszą zabierał się do ponownego opracowania tego samego tworu.
Johannes Schlaf, kiedy już się całkiem z Arno Holzem rozłączył, wszystko, co napisał, przedkładał Dehmlowi, a jeżeli Wiosna Schlafa otrzymała tę artystyczną skończoność i doskonałość, to w głównej mierze zasługa Dehmla; a ile godzin spędziliśmy razem na cyzelowaniu, doskonaleniu i wykończaniu moich utworów!
Dehmel wtajemniczył mnie w najskrytsze piękności języka niemieckiego, nie przepuszczał mi żadnego niedbalstwa, a podniecał mnie ciągle rozkoszną ostrogą:
— To byś ty właśnie mógł daleko lepiej zrobić!
A jak szczęśliwy byłem, gdym Dehmlowi przesłał mój Hymn do Tęsknoty, pomieszczony znacznie później w Wigiliach, i po paru godzinach otrzymałem od niego pneumatyczną327 kartkę: „Ten poemat uprawnia cię do zabiegów o wieczność!”