A swoją drogą był Dehmel dumny, że nauka jego nie poszła w las. Kiedym dokonał przekładu Hymnów Kasprowicza na język niemiecki, a w przedmowie wyraziłem pragnienie, by tak potężny mocarz języka jak Dehmel podjął się rewizji mego tłumaczenia, powiedział mi ostatnim razem, kiedy go w Monachium widziałem, na parę lat przed wojną:
— Lepiej od ciebie i ja nie byłbym zrobił.
Równie wielkim jako twórca był Dehmel jako człowiek.
Edel sei der Mensch, hilfreich und gut328! — ale to, co w ustach Goethego było ogólnikowym frazesem, było najistotniejszą treścią duszy Dehmla.
Jego poświęcenie dla przyjaciół nie znało granic: poświęcał ich sprawom połowę swego czasu; noce całe trawił nad ich tworem, by go z wszelkiego żużlu oczyścić; pisywał listy na kilkunastu stronicach z najcenniejszymi wskazówkami, które nieraz oślepiającym blaskiem rozwidniały ciemne manowce, uświadamiały to, co niejasno w duszy się majaczyło; a gdy który z nich popadł w przykre położenie, nie spoczął rychlej, dopóki nie przyniósł pomocy.
Kiedy Johannes Schlaf zapadł ciężko na zdrowiu i trzeba było go umieścić w sanatorium, Dehmel latał całymi dniami po Berlinie, przypierał do muru wszystkie literackie „wielkości”, prosił, błagał, upokarzał się, ale nie spoczął, póki nie wyżebrał środków, zabezpieczających Schlafowi półroczny pobyt w sanatorium.
A w tej jałmużniczej misji zaszedł jeden ciekawy epizod: Schlaf napisał razem z Holzem — tylko że udział Schlafa przewyższał o całe niebo udział Holza — bardzo ciekawy dramat: Meister Oelze. I Dehmel zaproponował Brahmowi, dyrektorowi Teatru Niemieckiego, by ten dramat wystawił, dochód z przedstawienia tego dramatu mógłby był zapewnić Schlafowi z góry pewną większą sumę, ale temu oparł się gwałtownie Gerhart Hauptmann, który przed paru laty poświęcił swój dramat Vor Sonnenaufgang Schlafowi i Holzowi, wtedy jeszcze w poczuciu wszystkiego tego, co im zawdzięczał — ale teraz już, gdy w sadło porósł, a Teatr Niemiecki stał się nieomal jego teatrem, wyparł się wszelkiej łączności z Schlafem, a z długu wdzięczności, lękając się współzawodnictwa z Schlafem na scenie, chciał się wykpić stoma markami!
Od Liliencrona nadchodziły codziennie prawie alarmujące listy, w których się skarżył na ostatnią nędzę. Liliencron musiał bezustannie zmieniać mieszkanie, bo jak psy gończe ścigają go wierzyciele i jednej chwili spokoju mu nie dają: obrzydzili mu do tego stopnia życie, że wstydzi się i sroma w ogóle żyć — nieraz mu nie tylko na obiad nie starczy, ale ani nawet na nędzne cygaro. Dehmel rzuca całą swoją pracę, wędruje od jednego nakładcy do drugiego, aż wreszcie przyparł do muru wydawcę „Berliner Tageblatt”, Rudolfa Mosse, i obrabia go w krwawym pocie ciężkiej udręki niepewności tak długo, aż wreszcie Rudolf Mosse, zahipnotyzowany wymową Dehmla, daje Liliencronowi zaliczkę w kwocie czterech tysięcy marek za powieść, której tytuł dopiero w głowie Liliencrona się ustalił, a która nie miała być nigdy napisana: Mit dem linken Ellenbogen329.
I tu znamienny rys duszy tego wielkiego i pięknego dzieciaka, jakim był Liliencron przez całe swoje życie: więcej aniżeli własna nędza bolała go ta, w jaką popadła jakaś kelnerka, która mu gdzieś, kiedyś parę godzin czy parę dni jaśniejszych podarowała, bo wierzył jej, że go kocha. I właśnie teraz się do niego zwróciła, teraz, kiedy sam, jak szczwany zwierz, tłukł się przed sforą napastliwych psów po ostatnich norach Hamburga.
Nie da się opisać to niewypowiedziane szczęście, jakie go ogarnęło, gdy otrzymał tę zaliczkę. W tej chwili pobiegł na pocztę i wysłał owej kelnerce, której już nigdy potem spotkać nie miał, telegraficznie pięćset marek.