Piękna i wdzięczna była dusza Liliencrona!
A takich przykładów poświęceń, ofiarności, rozkoszy dawania, zatruwanej tylko myślą, że mogłaby ona inną duszę poczuciem wdzięczności lub wywdzięczenia się krępować, mógłbym przytoczyć u Dehmla bez liku.
Jeżeli kto, to właśnie Dehmel żył tą najwyższą rozkoszą, jaką dusza ludzka odczuć jest zdolna: rozkoszą dawania bez końca.
A jaki użytek ktoś z jego daru robi — to już go nic nie obchodziło. Obojętne mu to było, czy ten talar, który on dał, zamieni się na tyle a tyle szklanek piwa, czy tyle a tyle wódek, czy też posłuży na opłacenie logis jednego tygodnia.
Znamienny rys dla psychiki Dehmla: nie znał uczucia nienawiści, nie wiedział, co zazdrość, co zawiść, a zdumiewająca była jego pokora.
Rzadko kiedy czytał własne swoje utwory, ale bezustannie wydobywał ze stosu manuskryptów, które zawsze jego biurko zalegały, utwory innych artystów, którzy się do niego zwracali, a szczęśliw był, jeżeli natrafił na utwór jakiegoś istotnego talentu.
Nie doczekałby się może Mombert330 tego uznania, jakim się teraz cieszy, gdyby autorytet Dehmla nie był go od razu dźwignął na ten piedestał, na którym obecnie stoi. A przecież jeszcze wtedy, gdym o Mombercie pisał, nie wiedziano, kto większy wariat — Mombert czy ja?
Autorytet Dehmla rozstrzygnął: pogodzono się z tym, że Mombert jest wielkim talentem, a ja — obdarzony iskierką geniuszu.
Długo tłukła się gadka po Polsce o tym genialer Pole, jakim to niby ja miałem być — prawdą w tym wszystkim jest tylko to, że Dehmel odczuwał we mnie w istocie ein Fünkchen Genie331.
Dotychczas żywa jest we mnie pamięć tej chwili, kiedy Dehmel — a było to już nad ranem po ciężkiej i parnej nocy letniej — odczytał w gronie dwa razy już pijanych i dwa razy już całkiem wytrzeźwionych artystów mój poemat: Wniebowstąpienie332. Pomnę tę głuchą ciszę, która potem zaległa, niespokojny i zdumiony obrzut oczu wszystkich obecnych: było to coś tak dla nich niebywałego, że zdawało się wszystkim, iż posłyszeli dzikie jakieś melodie z domu obłąkanych.