W ogóle moich niemieckich braci po piórze wszystko we mnie przerażało i zdumiewało, i te niesłychane paradoksy, które wygłaszałem, całe to à rebours mego życia, salta mortale, jakie z ich językiem wyprawiałem, niesamowita obcość wszystkiego, co pisałem, a nawet sposób, w jaki z nimi przebywałem.
Zostałem zaproszony na wesele Juliusza Harta — w jednym dniu odbyły się zaślubiny z jakąś młodą nauczycielką i adoptacja podlotka, córki, którą miał z dotychczasową swoją gospodynią, a która to córka była na weselu tym druhną swej drugiej matki.
Nad ranem schwyciliśmy się z Dehmlem za ręce i poczęliśmy tańczyć. Przy fortepianie siedział Willy Pastor — swoją drogą doskonały muzyk — i grał Wagnera Walkürenritt. Co to był za taniec! Usunięto czym prędzej stoły i stołki, byśmy sobie nóg nie połamali, goście przykucnęli pod ściany, by więcej miejsca się znalazło dla naszego dzikiego rozmachu; a gdy na drugi dzień około południa przyszedł Dehmel do swego biura, zjawił się u niego redaktor „Täglische Rundschau”333, jak wiadomo, ultrapruskiego, a raczej wszechniemieckiego, najwięcej polakożerczego pisma w ówczesnym Berlinie, niejaki Lange, bardzo poważany wszechniemiec, i ostrzegał Dehmla: Dehmel, Dehmel, nehmen Sie sich in Acht — ich habe Sie in dieser Nacht mit dem verfluchten Polen tanzen gesehen334.
Wróciłem z tego wesela z przetrąconym nosem, bo gdyśmy wyszli na ulicę, Scheerbart położył się jak długi na chodniku, jął bić pięściami w ziemię i krzyczeć wniebogłosy: „Weltgeist, wo bist Du?” — A gdy ten Weltgeist mu się ukazał i chciał go na nogi postawić, Scheerbart wpadł w szał i laską nos mi przetrącił. Pewno, że musiałem na silny ból odpowiednio zareagować, ale to bynajmniej nie psuło naszej serdecznej przyjaźni, tym serdeczniejszej w miarę, jak Scheerbart mój twór zaczął wykpiwać i trawestować.
Scheerbart — „Szczerbą” go nazywałem — wo bist Du?
Umarło biedactwo w strasznej nędzy, pozostawił biedną wdowę — „niedźwiedziem” ją nazywał, powieść o niej napisał: Tarub die Köchin — a biedna Bär-Tarub nie byłaby sobie dała rady po jego śmierci, gdyby nie była pomogła hojna dłoń Dehmla.
A Peter Hille pisał wciąż notatki na swoich całkiem już czarnych od ołówka mankietach i raz po raz rzucał w moją stronę pytanie: — Was meinst du335, Stako? — (nazywali mnie wszyscy Stako, za trudno było im wymówić „Stachu”, jedyny Dehmel nazywał mnie Stasiem); a Franciszek Ewers, teozof i wielbiciel madame Blavatsky336, gryzł szkło i połykał je, jako że był „chelą” (uczniem) jakiegoś hinduskiego „guru” (nauczyciela), więc mógł swobodnie szkło łykać — drobnostką było, że sobie poranił jamę ustną do tego stopnia, że przez cały tydzień krwawiła, a na wszelkie obiekcje, że przecież żadną miarą „mahatmą” się nie stanie, odpowiadał jedynym frazesem francuskim, jakim rozporządzał: „Nous verrons — nous verrons337!”; a Willy Pastor grał niezrównanie siódmą symfonię Beethovena i przygrywał wszystkim światom do tańca; a Johannes Schlaf deklamował przecudny swój poemat o komunardach francuskich w 1871 roku, a Arno Holz grzmiał bezustannym refrenem:
Ich bin mein eigener Dalai-Lama,
Ich bin mein eigener Jesus Christ!...338
A nagle wielka cisza zaległa: w otwartym oknie — strasznie upalna była ta noc — usiadł na futrynie okna Dehmel i jął deklamować wstęp do swego wspaniałego poematu: Verwandlungen der Venus, ten boski początek: