Cicho... cicho...
Ale nie było ciszy, ni ukojenia, tylko straszny lęk i przestrach, że ginie jakieś życie.
Ogromne skrzydła upiora rozpostarły się czarnym cieniem w okół nich.
Hanka w przerażeniu tuliła się do niego i szeptała drżąca:
Widzisz go? widzisz?!
A on zarażony jej lękiem i strachem szeptał:
— Widzę, widzę!
Ale ta chwila rozpaczy spłynęła białą błyskawicą po jego duszy i znów stał się i twardy i mocny:
— Hanuś, pojedziesz ze mną? Nikogo niemam prócz ciebie; nie rozumiem, że mógłbym się kiedyśkolwiek związać z inną kobietą; szukałem ciebie długo, aż wreszcie ciebie, w tobie duszę mą odnalazłem. — Wierz, Hanka, dusze nasze były razem w czystości i pięknie, zanim jakiś piekielny los kazał nam się rozszczepić i przez łono matczyne ujrzeć światło dzienne. Życie szatańskiem jakiemś przeznaczeniem rozłączyło nas, ale teraz, gdy po długiej męce znowu spotkaliśmy się, nic już nas nie rozłączy. Ja wiem, jak ty cierpisz. Nie byłbym w stanie ci powiedzieć, jakie męki znoszę, ale to, co nad nami czuwa, co losem naszym kieruje, co jest naszym przeznaczeniem i rozwiązaniem odwiecznej zagadki bytu, pragnęło, abyśmy odtąd na zawsze pozostali razem.
Hanka siedziała jak w jakiemś skamieniałem jasnowidzeniu.