XXV
Spotkałem autora tragedji, który prosił, żeby przyjść do niego; więc skwapliwie udałem się na Krowoderską. Powiedziałem mu mniej więcej tak: „Z ludźmi silnymi mówię, nie oszczędzając ich. Otóż z poezją pana nietylko jestem w zgodzie, ale zachwycam się nią, lecz malarstwo pana nie jest w żadnym stosunku do tej obrazowości, tego bogactwa malowniczego, jakie pan roztacza w Teatrze, w opisach scenerji; jest ubogie, ograniczone, bez światła i barwy; tłumaczę to tem, że jest to sztuka za ciasna, przypadkowo z panem związana”. On: „Bo widzi pan, ja w Teatrze mam odrazu całość wrażenia, a w obrazie musiałbym po kawałku robić”. Ja: „Więc malarstwo pana nie obchodzi. Potwierdza pan to, co sądziłem o panu i napisałem do, Pologne contemporaineʻ” On uśmiecha się potakująco. Wogóle mówi mało. Blady, schorowany, jakby był zamęczony. Bardzo pociągający, nic w nim niema z tych zaokrąglonych form ludzi, którzy w życiu biorą najmarniejszą rzecz: powodzenie i używanie. Długo jeszcze mówiłem z nim o tej polskości jego poezji i o tych sztucznościach i doskonałości psychicznego rusztowania. Bardzo mnie ciągnie ta dusza, żeby tylko wytrzymało jego wątłe ciało napór tej psychicznej roboty.
XXVI
Od czasu do czasu odczytuję Flanka o Böcklinie; ile tam mądrości, ile doskonałej świadomości psychologji sztuki. Kiedy artyści przestaną być bałwanami, idącymi, jak wół, przed siebie, z tablicą, zawieszoną na rogach, która mu przysłania niebo, kiedy zaczną rozumieć własną sztukę i potrafią sobą kierować?
XXVII
Trzeba wyrzucić z użycia wyraz knot, jest on wstrętny, jak i sam stan, w którym się go robi. Obraz może się nie udać, ale w mnóstwie wypadków malarz sam nie jest w stanie ocenić tego, co zrobił. Jest to stan, przez który wszyscy przechodzimy. Setki obrazów moich kolegów i moich poszły w nicość, bo człowiek nie miał żadnej zdolności ocenienia swego malarstwa, a wymagania myślowe i czuciowe, które mu stawiał, albo się nie dawały malarstwem wyrazić, albo też on sam, jako widz, był różnym od siebie, jako twórcy, i nie mógł się porozumieć. Owszem, trzeba być niezadowolonym. Przeć się naprzód, męczyć się, żeby wydobyć coś, co może nie da się wydobyć, albo nie dawało się dotąd. Ale nie każdy nieudany obraz jest knotem. Nie wpuszczać do pracowni teoretycznego rozstrząsania warunków tworzenia, tworzyć taką sztukę, jaką w tej chwili może się, — a będzie się coraz bliżej tej, którą się chce tworzyć.
Poprostu trzeba siebie wychowywać jako malarza. Ja sam długo nie wiedziałem zupełnie, jakiej właściwie sztuki szukam. Nie teoretycznie; teorja była, ale to, co się stawało, było inne od teorji, i człowiek ciągle myślał, że to wcale nie to, że gdzieś jest coś, ale nie wiedział, jak to coś wygląda.
XXVIII
Jeżeli się ma przed sobą formę, którą się odtwarza, musi się ją odtwarzać ściśle, ogólnie czy szczegółowo, to nie zmienia rzeczy; w przeciwnym razie oko i ręka mijają się w drodze, koordynacja ruchów ręki i wrażeń wzrokowych nie rozwija się, i postępu we władaniu formą nie osiąga się, ponieważ nie może być postępu bez krytycyzmu, a nie szanując formy modelu, traci się dla danego przedmiotu podstawę krytyczną.