zali żyw, — patrzy, a obie ręczyny
na szyję, za głowę zakłada mi moję, —
i oczy! — a w ustach krwi czarne maliny.
I biorę go nanoś i składam na wrzosy. —
Usypia.... I dłonią muskając mu włosy:
«To żem ja was tak porzucił,
wy się o to smęcicie kochani;
straciliście to wiarę, żebym wrócił.
Żeśmy krwią tą rzeźną pokalani,
że się we mnie duch zaląkł, posmucił;