Z pól skostniałe wstają duchy;
lecą wirem, gonią tłumnie
w szumiącej śnieżycy;
sztywne, trupie ich postawy,
pierś im znaczy stygmat krwawy;
czoła dumne...
Oni jego drużbowie-orlicy...
— a on, mój.
...Cóż to ze mną — — —?
Jak to, więcem klęskę odgadła —?