To znaczy, żem pana... zrozumiał. Późno wprawdzie, bo dopiero tej jesieni. Lecz teraz znam pochodzenie pańskiego majątku. Pańską dyplomację z wrogiem — o życie króla, o koronę, o pokój. — Tego bilansu nic już pogorszyć nie może.
DANTON
trzyma się mocno. Pochylony nad stołem, łagodnie
Maxime: kto panu wmówił te brednie?
ROBESPIERRE
jakby nie dosłyszał
Widzi pan zatem, że „dobro narodu” brzmi w pańskich ustach trochę... niegustownie. Ale — dla pewnych powodów — ukrywałem po dziś dzień swą smutną wiedzę. I gotów jestem okłamywać opinię nadal; z oczu Dantona tryska snop iskier; zrozumiał gotów jestem zapewnić panu bezkarność, jeżeli pan przejdzie na stronę rządu. twarz Dantona straciła swój posępny wyraz, stała się napięta, ironiczna, przybrała bystre wejrzenie Tylko — to już nie będzie intryga o dwu lub trzech obliczach, przyjacielu!
DANTON
po chwili skupienia nagle podnosi głowę
Mówmy po ludzku, Robespierre. Tak jest: ma pan nade mną przewagę. Ale ostrzegam: rządowi — sławetnym Komitetom i Konwencji — nie poddałbym się, nawet gdybym był pokonany. Przed niższymi od siebie nie uchylę czoła.