LEGENDRE
zebrał siły
Przedstawiciele narodu! — Dowiaduję się właśnie — ze zdziwieniem — że dzisiejszej nocy aresztowano czterech członków Konwencji, obserwując się drapieżnie jeden drugiego, Robespierre, Merlin [I], Lecointre [II], Courtois [A] i Panis [1] wstają i podchodzą równocześnie do sekretarzy. Ubiegają się bez szmeru o pierwszeństwo; uzyskawszy następstwo głosu — nie wiadomo jednak w jakiej kolei — zbliżają się do trybuny, obierając strategiczne pozycje. Saint-Just czuwa Słyszałem, że jednym z tych czterech ma być Danton. Kim są pozostali — nie wiem. A zresztą: cóż nas nazwiska obchodzą? — Co do Dantona, koledzy — gotów jestem ręczyć życiem za jego rzetelność... bardzo stłumiony szmer poklasku; szeptane okrzyki zachęty, błyski spojrzeń, tajne znaki i stawiam wniosek, abyśmy — kimkolwiek są ci inni — wysłuchali wszystkich u poręczy. Skoro się ich oskarża — trzeba dać im się wytłumaczyć... wyraźniejszy, nerwowy szmer roznamiętnienia; cisza na znak mówcy. Ośmielony ...potem osądzicie, czy przypadkiem osobiste zatargi — że nie powiem zawiść — nie wpłynęły na rozporządzenie, które nas zdumiewa.
Schodzi wśród, nietłumionych już, namiętnych oklasków. Pięciu kandydatów do głosu rzuca się ku schodkom; zręczność Robespierre’a zapewnia mu zwycięstwo. Reszta przytrzymuje go, lecz zastawił sobą wejście i nie daje się ściągnąć. Saint-Just stara się wcisnąć między niego a napastników. Robespierre przerywa salwę oklasków ostrym krzykiem; napięta, nienaturalna cisza powraca.
ROBESPIERRE
Proszę — o — głos!
Mimo znaku zezwolenia ze strony prezydenta, tamci czterej nie myślą rezygnować. Panis stara się wdrapać z zewnątrz do trybuny.
MERLIN, COURTOIS, LECOINTRE
Ja pierwszy! nie twoja kolej! — Naprzód my! — Usuń się stąd! — Nie masz głosu!