półgłosem
Powinszowanie, Danton.
FABRE
Chwała Bogu, że koniec. Już ledwo żyję.
Osłupiałe przygnębienie przeważa wśród oskarżonych. Westermann ściska pięści i klnie cicho, siny z gniewu; Camille ma oczy obłąkane. Philippeaux patrzy nań w zamyśleniu.
Parę sekund zawieszenia. Danton, zrazu spieniony, rozejrzał się po twarzach. Na ich widok uspokaja się raptem zupełnie.
DANTON
tak spokojny, że aż łagodny
Podła, tchórzliwa zgrajo: ciebie nikt nie zmieni. Na bezbronnych rzucasz się jak lew, lecz widok kukły w mundurze przejmuje cię szałem popłochu. — Znam cię, tłuszczo. Wiem, ile wart twój zapał i twoje przysięgi. Wiedziałem, że będziesz stać i gapić się o tak — jak stado wołów — gdy mnie związanego powloką pod nóż.
Ale żeby w tej sromotnej chwili — zamiast konać z wstydu za własną nikczemność — rechotać śmiechem kretynów... to już coś więcej niż sama podłość. To twoja niezgłębiona, niechlujna, nieprzemożona jak wał betonowy głupota, bezmyślna trzodo.