Nie. w ciągu następnych słów Robespierre odchodzi do okna, zatrzymuje się tam, wraca, wreszcie pada na krzesło, mętnymi oczami wpatrzony w ścianę Jeśliś do tego stopnia zmiękł, że szukasz, na kogo by zwalić swą godność — to dajże na miłość boską spokój. Wiesz przecie sam, że nikt poza tobą nie dorósł do sytuacji. Ponadto nikt nie dojrzał do władzy: najczystszy rewolucjonista zdziecinnieje natychmiast, upojony swą śmieszną osobistą wielkością. Ty jeden nie zapomnisz, nigdy, że jesteś tylko psem łańcuchowym narodu...

...ale tyś zdaje się chory — po prostu. Jeśli tak — to chwała Bogu.

ROBESPIERRE

bezwładnym ruchem przechyla się naprzód i opiera się na rękach

Nie... nie jestem chory. ciszej Straciłem grunt.

SAINT-JUST

zdumiony

Grunt?!! Masz przed sobą zadanie ponad miarę ludzką — wiesz najdokładniej, co masz robić — i...

ROBESPIERRE

krzyczy szeptem