— Jaśnie pani za chwilę wyjdzie.
Usiadł przy stole, machinalnie biorąc do ręki album z fotografiami. Wzrok zatrzymał się na pierwszej zaraz karcie. Z ram kartonu wyzierały ku niemu podobizny Pradery i jego żony. Było to zdjęcie weselne, gdyż oboje byli w strojach godowych. Kobieta, przytuliwszy głowę do jego ramienia, patrzyła w przyszłość pełna ufności i szczęścia — mężczyzna o znanych mu, nienawistnych rysach uśmiechał się wyzywająco z miną zdobywcy i tryumfatora.
„Sic transit gloria mundi” — pomyślał, wpatrując się w twarz wroga.
Wtem usłyszał za sobą szelest sukni. Obrócił się i wstał od stołu. — Odpowiedziała na jego ukłon głęboki skinieniem cudnej, jasnoblond głowy i nie podając mu ręki, wskazała miejsce naprzeciw siebie. Usiedli i przez chwilę mierzyli się długo oczyma.
Po raz pierwszy w życiu Pomian mógł się jej przypatrzyć z bliska; dotychczas bowiem widział ją dwa razy, i to tylko przelotnie: raz w otoczeniu tłumu na sali balowej w ambasadzie francuskiej, po raz drugi w czasie jakiejś parady na uroczystości publicznej, gdy przejeżdżała powozem u boku męża.
Amelia Pradera była wspaniałą kobietą; une femme superbe111 w całym tego słowa znaczeniu. Wysoka, cudownie zbudowana, z gorsem o liniach dyskretnych, a niemniej ponętnych, poruszała się z wdziękiem, lekko kołysząc się na biodrach, których zarys przedziwny, kuszący uwydatniała obcisła, żałobna suknia. W pewnym szczególnym kontraście do bujnej, żywiołowo rozwiniętej postaci pozostawał owal twarzy pociągłej, z orlim nosem, o rysach może trochę zaostrzonych; łagodziły je oczy ciemne, przedziwnie opalizujące, pełne zadumy i ognia zarazem. Cera śniada, smagława, rzadka u blondynek, dziwnie zlewała się z barwą włosów jasnych, o połyskach złocistych.
Niezwykła jej uroda działała silnie na zmysły, budząc równocześnie uczucia nieokreślonego niepokoju i podziwu. Piękna pani należała do typu kobiet, które wzniecając pożądanie u płci drugiej, zarazem narzucają jej pewien patos dystansu. Z niewiadomego powodu w mężczyźnie zakochanym w tego rodzaju kobiecie rodzi się obawa, czy zdobycie jej fizyczne nie będzie świętokradztwem — obawa, która potęgując pociąg płciowy, równocześnie nie pozwala przekroczyć granic i utrzymuje w stanie dręczącego zawieszenia. Amelia Pradera kojarzyła w sposób wyjątkowy sprzeczne ze sobą żywioły: miała coś z anioła i coś z lubieżnej, zdolnej może do orgiastycznego szału samicy.
— Zastosowałem się do życzenia łaskawej pani — przerwał Pomian trochę już żenujące milczenie.
— Dziękuję — odpowiedziała głosem dźwięcznym, altowym. — Nie chcąc dłużej nadużywać pańskiej cierpliwości, powiem od razu, o co chodzi... W parę dni po śmierci męża znalazłam w biurku jego pomiędzy papierami dwa listy: jeden do mnie, drugi do pana. W liście do mnie mąż mój wyraził we formie ostatniej woli życzenie, abym po upływie 8 miesięcy od jego zgonu odesłała ten list pod pańskim adresem.
I drżącą ręką podała mu pismo. Pomian, odebrawszy list, włożył go starannie do portfelu i powstał, składając ukłon pożegnalny.