„W., 22 września br.

Pomianie!

Zapewne zdziwi Cię prośba, z którą zwracam się do Ciebie na parę godzin przed momentem dla nas obu rozstrzygającym. Lecz myślę o tym, że w chwili gdy przeczytasz to pismo, mnie już nie będzie pomiędzy żyjącymi i że nie potrzebuję się już krępować względami, z którymi zwykle w życiu ludzie się liczą. Zresztą nie mam innej drogi ani sposobu.

Gdybym zginął, proszę Cię i zaklinam w imię naszej wielkiej nieprzyjaźni, w imię naszego szczytnego antagonizmu — zaopiekuj się Amelią! Powierzam Ci Ją z pełną ufnością, pewny, że nadziei moich nie zawiedziesz, gdyż wierzę głęboko, że tylko Ty, tylko Ty jeden zdołasz Jej mnie zastąpić. Żegnaj!”

Pomian, przeczytawszy list, nie odrywał odeń oczu. Ostatnie słowa wielkiego wroga brzmiały tak nieprawdopodobnie, że wpatrywał się w ich znak zewnętrzny niby w zawiły, fantastyczny hieroglif. Aż wyczuł na sobie ciężki wzrok Amelii.

Podniósł oczy.

— Pan skończył? — zapytała z odcieniem zniecierpliwienia.

— Tak, łaskawa pani.

— I nic mi pan nie ma do powiedzenia?

Utopił w jej twarzy badawcze spojrzenie; chciał przeniknąć do głębi tę dumną kobietę.