— Tak. Kazik nie miał przede mną tajemnic. I o tym wiem, że w ów straszliwy poranek mieliście się spotkać za miastem.
Zdumienie Pomiana wzrastało z każdą chwila. Nie pojmował, jak mimo wszystko mogła z nim tak rozmawiać.
— I mimo to nie odczuwa pani niechęci do wroga męża swego? — zapytał, nie tając dłużej swej wątpliwości.
Po twarzy Amalii przepłynął dziwny uśmiech.
— Na razie nie zastanawiam się nad tym — odparła wymijająco. — Proszę nie zapominać, że spełniam tylko ostatnią jego wolę. Sam fakt, że mąż mój zwrócił się do pana z prośbą w takiej chwili, świadczy najlepiej o tym, że miał do niego pełne zaufanie, że pana widocznie mimo wszystko wysoko cenił... Ale wracając do obchodzącej nas bezpośrednio sprawy — czy nie mogłabym być panu w jakiś sposób pomocną przy zrealizowaniu ostatniej woli Kazia?
Pomian uśmiechnął się. Sytuacja wydawała się arcykomiczna.
— Nie pozostaje mi nic innego, jak zapoznać panią z treścią listu. Sądzę, że gra w otwarte karty będzie tu najodpowiedniejsza.
I oddał jej list do przeczytania. Wzięła pismo skwapliwie i szybko przebiegła oczyma. Pomian studiował z uwagą wyraz jej twarzy w tej chwili. Było nim zrazu zdziwienie, potem szalony gniew i wzburzenie, wreszcie uśmiechnięta złośliwie ironia. Cała gama uczuć przesunęła się po smagłym licu pięknej wdowy, by w końcu ustąpić miejsca wyrazowi szyderstwa. W oczach jej zaświtały jakieś przykre blaski, przed którymi należało się mieć na baczności. Ta piękna kobieta była niemal brzydka w tej chwili. Mimo woli odsunął się od niej, jakby odepchnięty niewidzialną siłą.
„Zdaje mi się — pomyślał — że uczyniłem ruch fałszywy. Ale mniejsza o to. Przynajmniej wiemy, na jakim gruncie stoimy. Lepsze to niż zabawa w ciuciubabkę”. — A głośno dokończył:
— Zdaje mi się, lepiej było nie oddawać pani listu. Mam wrażenie, że treść jego sprawiła pani niemiłą niespodziankę.