— Przeciwnie. Jestem panu za to serdecznie wdzięczna. Będziemy zatem przyjaciółmi, panie Tadeuszu?

Pomian osłupiał. Naprzeciw niego stała w blaskach zachodzącego słońca jakby zupełnie inna kobieta. Złośliwe błyski w oczach sprzed chwili rozpłynęły się gdzieś bez śladu; z uśmiechem zalotnym, niemal tkliwym patrząc mu w twarz, podawała rączkę małą, wypieszczoną:

— Będziemy przyjaciółmi, nieprawdaż? — powtórzyła z powłóczystym spojrzeniem.

— Postaram się zasłużyć na cenną przyjaźń pani — odparł prawie machinalnie.

— Do widzenia zatem w najbliższą środę między piątą a siódmą.

I poparła zaproszenie czarującym uśmiechem.

— Stawię się niewątpliwie — zapewnił, przywierając ustami do jej ręki.

I wyszedł oszołomiony, na rozstaju sprzecznych myśli i uczuć...


„Przyjaźń” z wdową po Praderze wymagała ostrożności. Przyszła zbyt łatwo i niespodzianie, by można było uwierzyć w jej szczerość. Zresztą była rodzajem spadku po znienawidzonym człowieku, którego uczucia względem niego nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Pomian wiedział o tym aż nadto dobrze i nie łudził się bynajmniej. Gdy minęło pierwsze oszołomienie, spowodowane niezwykłą treścią listu i zachowaniem się Amelii, przyszła kolej na spokojną i chłodną refleksję. Zanalizował sprawę do przyciesi, rozsnuł na włókna subtelną tkaninę myśli wroga i przeglądnął ją na wylot. Z perspektywy zaświatów wychyliła się ku niemu piękna, mocna, acz trochę brutalna twarz rywala i wykrzywiła się uśmiechem szyderstwa. Gest jego ręki wyciągniętej w znak pojednania wydał się niezręczny i fałszywy.