— Nie zwiedziesz mnie, „przyjacielu”!
Czy ona zrozumiała „intencje” męża? Czy postanowiła działać w myśl jego planów? — Ów uśmiech tajemniczy, który rozlał się po jej twarzy po przeczytaniu listu i zatarł ślady uczuć poprzednich, zdawał się za tym przemawiać. Jeżeli tak było rzeczywiście, Amelia byłaby godną partnerką swego męża. Gra zapowiadała się wprawdzie dla niej niebezpiecznie, bo groziła ewentualnie utratą czci kobiecej, ale właśnie dlatego była równie ryzykowna i dla Pomiana. Pradera wiedział o tym, co robi, i nie przeceniał wcale doniosłości ofiary, jaką czynił ze swej męskiej ambicji. Stawka była wysoka, bo i o nie byle jaką wygraną chodziło. Poświęcał żonę, by choć spoza rubieży śmierci zadać cios nienawistnemu przeciwnikowi. Widocznie uznał Amelię za godne siebie narzędzie zemsty; dziesięcioletnie pożycie z nią prawdopodobnie pozwoliło mu poznać dokładnie wszystkie jej cenne pod tym względem „zalety”. Zresztą, być może wyrobił je w niej sam. Któż mógł zaręczyć, czy Amelia nie była tworem ducha potężnego ministra? Czy ta wspaniała, rasowa kobieta, jakby stworzona do władzy i odbierania hołdów, nie była dzieckiem duchowym nieboszczyka? Gdy ją brał od ołtarza w mężowskie objęcia, miała zaledwie lat 17; od owej chwili upłynęło lat 10 pożycia — przez lat 10 oddziaływał na nią swą przemożną indywidualnością, kształtował jej młodziutką duszę, rzeźbił ciało, urabiał w kobietę. Wpływ Pradery musiał pozostawić po sobie silne i trwałe ślady. Że na nie natknie się prędzej czy później, Pomian nie wątpił. Że zechcą i jego wciągnąć w sferę swych oddziaływań, przeczuwał. Niemniej podjął rzuconą sobie zdradliwie rękawicę. Nagroda w razie zwycięstwa była zbyt ponętna, by nie przyjąć wyzwania. Dlatego rozpoczął grę czujny i ostrożny, postanawiając twardo, że nie da się unieść wichrowi rozhukanych zmysłów...
W najbliższą środę przyjęła go jak starego znajomego. Wyszła ku niemu z buduaru cudownie zaróżowiona, uśmiechnięta i woniejąca. Śnieżnobiałe, głęboko wycięte kimono pozwalało mu przy każdym pochyleniu jej kibici podziwiać przeczyście zwarte jak u dziewicy pęcze jej piersi; rozchylające się swobodnie przy żywszych ruchach rękawy odsłaniały oczom jego ramiona pełne, o barwie skóry bursztynowej, pokryte złotawym puchem.
Po kwadransie rozmowy dość banalnej o wszystkim i niczym wniosła herbatę przystojna pokojówka, czarnobrewa Justynka — ta sama, która otwierała mu drzwi w czasie pierwszej wizyty. Pomian pochwycił jej spojrzenie spoczywające na nim ze szczególną uporczywością. Miał wrażenie, że dziewczyna jest mu niechętna.
— Justynka dawno u pani? — zapytał po jej odejściu.
— Od paru miesięcy — odpowiedziała, przypatrując mu się z uwagą. — Podoba się panu?
— Niczego sobie. Wie pani, zdaje mi się, że ta dziewczyna nierada mnie tu widzi.
Uśmiechnęła się z przymusem, pokrywając nagłe zmieszanie.
— Też przypuszczenie! Zdawało się panu.
— Być może.