— Zresztą, sądzę, że chyba tym nie będziemy się krępowali. — I przeszła do innego tematu. Koło siódmej, gdy zaczęło się zmierzchać, zaproponowała mu spędzenie wieczoru razem w cyrku. Zgodził się, chociaż niechętnie, bo nie lubił tego rodzaju rozrywek. Wkrótce potem unosiło ich auto w kierunku placu Solarnego.

Wśród podrzutów pojazdu uczuł Pomian, jak parę razy nieznacznie, lubo bez widocznej potrzeby, oparła się oń rozkosznym ciężarem swego ciała. Przypadkiem czy naumyślnie, gdy wóz skręcał gwałtownie z Senatorskiej na Zieloną, nogi ich spotkały się i przywarły do siebie kolanami na długą, upajającą chwilę.

Koło trzy na ósmą siedzieli już obok siebie w jednej z lóż pierwszego piętra. Gdyby nie obecność uroczej wdowy, Pomian byłby się wtedy zanudził na śmierć. Program przedstawienia stereotypowy, pełen efektów grubych i drażniących zmysł wzroku, irytował go i męczył. Natomiast mógł swobodnie obserwować Amelię.

Pani Pradera zdawała się śledzić przebieg ewolucji cyrkowych ze szczerym zajęciem. Zwłaszcza jedna z nich, pod koniec przedstawienia, przykuła jej uwagę. Były to nader trudne i ryzykowne ćwiczenia na ruchomych rekach zawieszonych niemal pod samym stropem cyrku.

Popisywały się trzy akrobatki: dwie starsze, dorodne, atletycznie rozwinięte, w wieku około lat 30, i trzecia, młoda, najwyżej dwudziestoletnia, smukła i gibka jak trzcina. Jej to przypadła w udziale najtrudniejsza część zadania. Po dokonaniu szeregu ewolucji na drążku szczytowym piękna Esmeralda rzucała się w dół w linii ukośnej i przepłynąwszy tak w powietrzu pewną przestrzeń, spadała w ramiona czekającej już na nią na jednym z niższych reków akrobatki. Po paru minutach wypoczynku obie wprawiały w ruch swój drążek, śledząc bacznie równoczesne wychylenia zawieszonego w odległości kilku metrów na tym samym poziomie trzeciego reku, na którym kołysała się ich towarzyszka. W chwili największego zbliżenia obu drążków Esmeralda lotem strzały przebywała dzielącą je przestrzeń i w krytycznym momencie, pochwycona za ręce przez koleżankę, znachodziła112 chwilowy przytułek obok niej na rozchybotanej huśtawce. Następowała trzecia, najtrudniejsza część ewolucji. Odetchnąwszy po dwukrotnej arcyryzykownej żegludze w powietrzu, zuchwała dziewczyna potężnym podrzutem ciała odbijała się od bezpiecznej przystani i z wyciągniętymi przed się rękoma płynęła w górę ku swemu pierwotnemu stanowisku. Dosiągłszy zbawczego reku, chwytała go chciwie palcami i przez chwilę zawieszona w pozycji pionu wahała się, dysząc ze zmęczenia. Po paru sekundach jednym rzutkim młyńcem okrążała drążek, po czym, podciągnąwszy ciało w górę do poziomu brzucha, zręcznym półobrotem w lewo siadała na żelaznym wałku huśtawki. Jej mała, złotowłosa główka pochylała się w dół, ku widowni, a ręka, podniesiona ku uśmiechniętym ustom, posyłała tłumom pocałunki. Odpowiadano jej za każdym razem frenetycznymi okrzykami i burzą oklasków.

Lecz karkołomne ewolucje widocznie zmęczyły ją: po trzykrotnym odbyciu w powietrzu niebezpiecznej wędrówki znać było po niej silne wyczerpanie; uśmiechnęła się wprawdzie ku oklaskującej ją publice, lecz był to uśmiech wymuszony. Oparła znużoną głowę o jeden ze sznurów reku, przytrzymując go równocześnie ręką dla dodania pewności tej ruchomej podporze. Pomianowi zrobiło się nieswojo. Nie mógł patrzeć na to bezmyślne igranie z życiem; czuł dla tej bladej dziewczyny, zawieszonej tam pod stropem cyrku na wysokości kilku pięter, i litość, i gniew, i pogardę. Gdyby to od niego zależało, kazałby jej natychmiast opuścić się w dół na arenę po sznurze ochronnym, wahającym się tak ponętnie w zasięgu jej ramienia.

Lecz dyrektor cyrku, p. Gamastoni, w czerwonym dżokejskim fraku śledzący każdy jej ruch tam z dołu, przy rozpostartych sieciach, nie chciał zawieść nadziei P. T. Publiczności, która na podstawie programu spodziewała się powtórzenia karkołomnej sztuki po raz czwarty.

Encore une fois!113! — zachęcał z dołu ze słodkawo-groźnym uśmiechem cyrkowego tyrana. — Encore une fois, mademoiselle114 Esmeralda!...

Pomian przeniósł na chwilę spojrzenie na uroczą postać pani Amelii i mimo woli zadrżał. Wychylona z loży do pół ciała piękna wdowa pożerała oczyma wahającą się akrobatkę. Nagle uczuł, jak ręka jej ściska jego rękę, i usłyszał szept słów jej dziwnych:

— Jaka ona wyczerpana! Ile ją będzie musiał kosztować ponowny wysiłek! O, co za rozkosz! Co za szalona rozkosz!