I odpiąwszy od piersi cudną pąsową różę, rzuciła ją w stronę pasującej się ze słabością dziewczyny.
— Encore une fois, belle Esmeralde115! — zabrzmiał wśród ciszy zaniepokojonej nagle widowni głos jej dźwięczny, altowy.
Róża i słowa podziałały magnetycznie: Esmeralda, przemógłszy obawę, spłynęła po raz czwarty w objęcia towarzyszki. Lecz heroiczny wysiłek pochłonął resztę jej sił; do skoku na sąsiedni rek nie była już zdolna; na pół omdlałą musiano sprowadzić przy pomocy sznurów na arenę.
Pomian spojrzał na swą sąsiadkę.
— Nie należało jej zachęcać — rzekł z wyrzutem.
— Tak pan sądzi? — odpowiedziała, uderzając go oczyma pełgającymi dziką radością. — To właśnie było piękne!
— To właśnie było brutalne — poprawił z naciskiem.
— Pan dziś nie w humorze; w podobnym nastroju zostaje się w domu.
Milcząc, wsiedli do auta i odjechali. Pożegnanie przed bramą domu, na ulicy, było krótkie i zimne. Amelia nie ponowiła zaproszenia na sobotę. I jemu nie śpieszno było do najbliższej wizyty. Scena w cyrku pozostawiła osad niesmaku, wrogi ponownemu zbliżeniu. Zbyt prędko odkryła przed nim instynkty tygrysicy. Mogły one pociągać w nim samca, lecz mogły i odpychać jego wysokie człowieczeństwo.
Ostatecznie nie poszedł tam w sobotę.