Pomian w lot zauważył, że pragnie go wciągnąć w krąg własnych zainteresowań, ignorując równocześnie zupełnie jego upodobania i świat jego duszy. Spostrzegłszy intencję, uśmiechnął się wewnętrznie pełen pobłażania dla tej kobiety. Bawiły go nawet jej wysiłki, zmierzające wyraźnie do tego, by go „przerobić” na swój tryb. Cóż mu to szkodziło, że tej rasowej samce zdawać się będzie przez jakiś czas, że pozostaje pod jej „wpływem”? Owszem, udawał nawet nowicjusza w tej dziedzinie i pozwalał się „wychowywać” na jej sposób. Wkrótce doszedł do przekonania, że płciowość pani Pradera musiała być brutalna i wymagała ofiar.
— Mam dla pana ciekawą książkę — powiedziała nagle wśród rozmowy. — Przypuszczam, że pana zajmie. Jest tam w szafce u dołu, w trzecim rzędzie na prawo. Proszę ją sobie przeglądnąć; jest oprawiona w czerwoną skórkę. Ja tymczasem zagram panu moją ulubioną Appassionata117; niechaj posłuży jako tło nastrojowe do lektury.
I usiadłszy przy pianinie, wzięła pierwsze akordy sonaty. Pomian podszedł do biblioteki i odchylił skrzydło oszklonych zieloną matówką drzwi.
Zbiór był niewielki, lecz stylowy. Przeważali mistrze francuscy, a wśród nich znawcy płci i miłości. Był tedy rubaszny i rozpasany Rabelais118 i frywolny Brantôme119, wnikliwi connaisseurs des affaires d’amour120, Maupassant121 i Flaubert122, głęboki Balzac123 i realistyczny Zola124, demoniczny Huysmans125, rozwiązły Prévost126 i lubieżny Pierre Louys127. Wśród pisarzy innych narodowości poczesne miejsce zajmował Boccaccio128 i Pietro Aretino129 oraz współczesny commediante, zmysłowy i płytki Gabriele d’Annunzio130, galwanizujący od czasu do czasu swą przewiędłą „sławę” jakimś nowym błazeńskim pomysłem131, który dzienniki europejskie podchwytują w lot i rozgłaszają po czterech rogach świata. Był i August Strindberg132, silny i ponury skald Północy, i wielki mizogin133, Otto Weininger134.
Szczególnym pietyzmem otoczyła pani Amelia lirykę miłosną Safony135 z Lesbos. Utwory greckiej poetki w przekładach: polskim, francuskim i niemieckim, zwracały na się uwagę wytworną i pełną smaku powierzchownością.
Osobny kącik przeznaczony był dla pisarzy-zboczeńców, których życie bogate w płciowe osobliwości i wykolejenia znalazło częściowe, bo hamowane względami na cenzurę, odbicie w utworach. Nie wszystko, z czym się tu można było spotkać, stało na poziomie sztuki; książki niektórych przedstawicieli tego rodzaju literatury miały chyba tylko specjalną, psychiatryczną wartość jako interesujące okazy zwyrodnień i zboczeń popędu płciowego.
Właśnie ku temu cichemu zakątkowi biblioteki skierowała swego gościa pand Amelia. Tutaj z elukubracjami osławionego zwyrodnialca Sacher-Masocha136 sąsiadowały dwa tomy ujęte w oprawę z czerwonego safianu. Tytułu ani nazwiska autora nie było na wierzchniej okładce; skromny wydawca ukrył je wstydliwie wewnątrz, by nie rzucały się niepotrzebnie w oczy.
Pomian wyjął książkę i zaczął przeglądać.
— 120 dni Sodomy czyli szkoła rozpusty — przeczytał tytuł na pierwszej kartce.
„Obiecujący początek — pomyślał, studiując wyuzdaną, lubo świetnie zrobioną winietę. — A jeszcze bardziej obiecujące nazwisko autora!”