Zachmurzyła się dumnie.

— Ot, co wymyślił. Ja tu sama gospodyni.

Ożarski zdumiał się.

— A zatem to twój mąż?

Makryną wstrząsnął powtórnie przeciągły, łaskoczący śmiech.

— Nie zgadłeś, niczyjam ja żona.

— Ale z nim sypiasz, co? Choć on niby stary, lecz jary. Trzem takim jak ja dałby rady. A z oczu skry wciąż sypie. Zuch stary.

Na pąsowych ustach Makryny wił się nieokreślony uśmiech. Trąciła go łokciem:

— Nadtoś ciekaw. Nie — legiwać z nim, nie leguję. Jakżeby też? Przecie ja jestem od niego... — Zacięła się, jakby nie umiejąc znaleźć odpowiedniego wyrażenia lub nie mogąc mu rzeczy należycie wyjaśnić.

Nagle — widocznie chcąc uniknąć dalszych dopytywań, wywinęła mu się ze zbyt już natarczywych rąk i przepadła w komorze.