— Dziwna dziewczyna.

Wypił piąty z rzędu kubek wódki i oparłszy nogi wygodnie o ławę, począł przechylać się wstecz grzbietem krzesła. Ogarnęło go lekkie rozmarzenie. Ciepło silnie rozgrzanej izby, zmęczenie po długiej wędrówce wśród zadymki i gorący napój — usposabiały sennie, rozleniwiająco. Byłby może zasnął, gdyby nie powtórne zjawienie się starego. Gospodarz przyniósł pod pachą dwie butelki wina i napełniwszy kieliszki dla gościa i siebie, przypił do Ożarskiego, mlaskając głośno językiem:

— Przedni maślacz10. Niech no jasny pan skosztuje. Starszy ode mnie.

Ożarski machinalnie wychylił. Uczuł niby zawrót głowy. Stary patrzył nań gorąco, spod oka:

— Ale bo jasny pan mało pojadł. A przyda się na noc...

Inżynier nie rozumiał.

— Na noc? Co to znaczy?

— Nic, no nic — zagadnął żwawo tamten. — Ale lędźwiaszki ma jasny pan niezgorsze.

I uszczypnął go w udo.

Ożarski odsunął się gwałtownie z krzesłem wstecz, odruchowo szukając w kieszeni nieodstępnego podczas dalszych wypraw rewolweru.