— Nie tyle może ja, ile nasza poczciwa Otylia — odpowiedziała skromnie.

Cień przesunął się po pięknej twarzy wikarii.

— Otylia, wdowa po Paczuli? Ona wciąż jeszcze na waszym folwarku? — zapytała niechętnie.

— Ta sama, siostro Agnieszko, ta sama. Bardzo dzielna pracownica.

— Wolałabym się z nią tutaj nie spotkać.

— W takim razie proszę za mną wprost do mego „biura”. Dlaczego nie lubicie jej, siostro wikario?

— Sprawia na mnie wrażenie kobiety z gruntu cynicznej. Nie lubię wdawać się z nią w rozmowę.

— Nie zawsze była taka — wzięła ją w obronę Maria Augustyna. — Jestem starsza od was, siostro, i pamiętam ją z dawniejszych lat. Bieda, nieszczęście, utrata męża napełniły jej serce goryczą i stąd może trochę za szorstka w słowach.

— Nie chodzi mi o szorstkość obejścia, siostro, tylko o dziwny, zwłaszcza u kobiety z ludu, sceptycyzm w rzeczach wiary. Rozmawiałam z nią parę razy, lecz zawsze dysputy nasze kończyły się rozdźwiękiem. Jestem głęboko przekonana, że dla Otylii Paczulanki nie ma na świecie nic świętego.

— Być może; nie będę się sprzeczała. Trzymam ją na folwarku, bo biedna i musi zarobić na chleb codzienny a pracuje wybornie. Lecz oto jesteśmy już na miejscu. Proszę: oto moje „biuro” i „kancelaria” folwarczna; rozgośćcie się jak u siebie.