— Czyje grzechy?
Oczywiście jego; okropny mnich spodziewał się końca swej kaźni, gdy klasztor odpokutuje za jego ciężkie przewinienia.
Przed siostrą Agnieszką roztworzyły się nagle tajemne związki i znaki, stanęło jak żywe zjawisko w alei „starego klasztoru”.
— To był on! Ten sam, o którym mówiły słowa łacińskiego rękopisu, wygrzebanego przez nią spod pyłów archiwum przed kilku miesiącami.
Pod datą: anno Domini MCDLXXXVII odczytała Agnieszka tę notatkę:
„Aliquando monachus quidam ignoti Ordinis moenia claustri clandestino modo transgressus ancillae Domini, Vestali ibi in horto perambulanti vim intulit floremque virginitatis sanctae ei ademit. Deinde flagellis Erynniarum fustigatus, stupri sui turpissimi conscius, desperans se in profunda maris praecipitauit. Sic iustam poenam sceleris sui pependit”.
— Gwałt i samobójstwo — dwie straszliwe zbrodnie — tym straszliwsze, że popełnione przez sługę bożego, obciążyły mu na wieki sumienie. A my mamy grzechy jego obmyć w zdroju pokutnych łez, my mamy dać za nie Bogu zadośćuczynienie i ekspiację. Może dlatego, że objęłyśmy w spadku po eremitkach to miejsce, że na ruinach ich samotni stanął nasz monasterz. Może wraz z miejscem odziedziczyłyśmy i część niezawinionej winy?...
Na wysokości pierwszego piętra zatrzymała się wikaria i zamiast schodzić dalej w dół, obrała krótszą drogę wprost na chór przez galerię. Zatopiona w myślach nie spostrzegła, że z przeciwnej strony nadpowietrznego korytarza zmierza ku niej matka Anastazja. Ocknęła się dopiero w ostatniej chwili, gdy ujrzała tuż przed sobą wyniosłą postać przeoryszy.
— Szukam ciebie, Agnes — usłyszała, rozbudzona nagle z rozmyślań, słowa przełożonej. — Musisz dziś zastąpić mnie przy siostrze Beacie; przysłuchiwać się będziesz nieszporom z jej celi.
— Stanie się wedle woli waszej, matko wielebna. Już idę — odpowiedziała, pochylając głowę.