— Po nieszporach zmieni cię któraś z młodszych sióstr; wtedy przyjdziesz do mnie do sali kapituły.

— Dobrze, matko wielebna.

Ksieni odeszła w stronę wykuszu wieżowego, a siostra Agnes, zstąpiwszy przez chór w boczny korytarz, weszła do celi siostry Beaty.

Powitał ją u progu dobry uśmiech chorej. Wychudła, niemal przejrzysta ręka uniosła się z trudem ponad błękitne tło kołdry gestem pozdrowienia, duże, czarne oczy, głęboko osadzone w białej jak opłatek, jakby zwężonej przez wieloletnie cierpienie twarzy zaświeciły blaskiem pokornej podzięki.

Siostra Beata chorowała od lat 20, tj. niemal od chwili wstąpienia do zakonu panien anuncjatek. Cierpienia jej, nieraz wielkie i bardzo dojmujące, miały charakter niezwykły. Zdumiewała ich kolejność i uporczywość oraz zupełny brak chorobotwórczych przyczyn i źródeł. Zdawało się, jak gdyby wszystkie choroby trapiące ludzkość wypróbowywały siłę swych zabójczych jadów na tym biednym, łamiącym się pod wichurą niedoli ciele, znęcały się z iście diabelską furią nad tą cichą, słodką, nigdy nieskarżącą się kobietą. Było coś w tych cierpieniach zagadkowego. Już sam fakt, że wątłe ciało siostry Beaty zdołało przez tyle lat opierać się zaciekłym atakom, był objawem tajemniczym. Niemniej dziwne było to, że choroby, którym ulegała zakonnica, nie przenosiły się na nikogo z otoczenia; żadna z pielęgnujących ją mniszek nie zaraziła się. A przecież niektóre z cierpień Beaty zdradzały wyraźne symptomaty chorób zakaźnych. Bezkarnie dotykały siostry straszliwych jej ran i strupów, bez złych dla się następstw wchłaniały w płuca żar i gorączkę jej chorego oddechu. Owszem, obcowanie z Beatą zdawało się wzmacniać je duchowo i fizycznie i niejedna z doglądających ją zakonnic czuła się po nocy spędzonej u wezgłowia chorej zdrowsza i silniejsza.

Te wszystkie objawy, powtarzające się niemal bez przerwy w ciągu lat 20, jako też niezwykła słodycz i bogobojność Beaty otoczyły z czasem jej postać aureolą świętości; zaczęto patrzeć na nią, jak na istotę nadziemską, uważać za naczynie wybrane do celów wyższych. Od kilku już lat żyła siostra Beata in odore sanctitatis143. Zakonnice między sobą nie nazywały jej inaczej jak „nasza święta”, a cela jej stała się dla nich tajemnym „castrum doloris144”, mistyczną twierdzą boleści, której progi przestępowały z uczuciem podobnym do tego, z jakim wchodziły do wnętrza świątyni. I rzeczywiście atmosfera tej celi tchnęła czymś niezwykłym; subtelna woń egzotycznych aromatów, mirry i olejków napełniała pokój; przepojone nią były pościel chorej i bielizna, a nawet szarpie i bandaże okrywające jej rany. Woń tę wydzielało biedne ciało Beaty jakby na dowód, że schorzenia jego nie z ziemi rodem i nic nie mają wspólnego z wyziewami brudu i grzechu. Nawet wysiąk ropy jej ran zdawał się posiadać własności uzdrawiające, nawet wydzieliny wrzodów zdradzały moc leczniczą; to, co u zwykłych ludzi jest jadem i trucizną, które należy jak najrychlej usunąć poza obręb ciała, stawało się u siostry Beaty źródłem zdrowia i pokrzepienia dla innych.

W dziesiątym roku jej choroby wystąpiły inne, równie dziwne objawy. Gdy pewnego rana przeorysza weszła do jej celi, ujrzała Beatę zatopioną w ekstazie modlitwy, unoszącą się na klęczkach w powietrzu. Stan trwał dość długo i dopiero po pewnym czasie postać chorej powoli opuściła się ku posłaniu. Kiedy indziej widywano Beatę równocześnie w dwóch miejscach: podczas gdy ciało jej spętane niemocą tężało już niemal w spazmie agonii, duch wyzwolony z ziemskich więzów asystował przy nabożeństwach w oratorium lub porwany mistycznym wirem krążył po klasztornych galeriach i krużgankach.

Przychodziły czasem na nią chwile ekstatycznego upojenia i żaru tak wielkiego, że odrzucając przykrycie i szarpiąc na sobie bieliznę, wołała półprzytomna z rozkoszy:

— O Chryste, ulituj się nad sługą Twoją! Płonę cała w Twym słodkim uścisku, goreję jak żagiew! O Panie mój, o mój najświętszy Oblubieńcze!

Gdy po paroksyzmie zmieniano jej opatrunki i bieliznę, niejednokrotnie stwierdzały ze zdumieniem siostry, że koszula Beaty w okolicy serca, jakby przepalona, nosiła wyraźne, ciemno-brunatne ślady zetknięcia z ognistym żywiołem...