Beata podniosła na nią nagle przymknięte przed chwilą oczy.
— Dziękuję, siostro — szepnęła z wysiłkiem. — Nie potrzeba. Czuję się dobrze.
I znów opuściła ciężkie powieki. Po zapadłych głęboko jagodach147 spłynęły dwie duże, jasne łzy.
Agnieszka szybko odwróciła się i wyszła na korytarz. Gdy mijała oratorium, doszedł ją szept końcowych słów litanii i uczuła słodką woń kadzidła. Na płytach posadzki wykwitła różyca blasków rzuconych przez zachodzące słońce i zagrała w półmroku uśmiechem jesieni... Nacisnęła klamkę ostatnich drzwi w głębi i weszła do sali kapituły.
Wnętrze było owalne, wysoko sklepione. W absydzie, na lazurowym tle opony z kitajki wielki, hebanowy krzyż z Umęczonym, pod nim katedra ksieni ze strzelistym, gotyckim krzesłem, na skrzydłach pod ścianami dwa rzędy stall dla matek z przedpiersiem ławek dla sióstr chórowych i służebnych; pod witrażem smukłego jak cyprys okna stół dębowy z miednicą, dzbankiem wody i zwieszonym z krawędzi ręcznikiem, a naprzeciw katedry w środku sali, na kobiercu, w ramach dwóch srebrnych lichtarzy klęcznik z czerwoną, aksamitną poduszką i dwa krzesła.
Tu gromadziły się mniszki po mszy na modły i pobożną lekturę, tu po nieszporach w dnie wyznaczone przez horarium tygodnia czytały ustępy z martyrologii lub reguły zakonnej, interpretowane potem przez przeoryszę. Tutaj w środy i soboty, po prymarii, czyniąc akt publicznej pokory i skruchy, wyznawały swe uchybienia przeciw przepisom klasztornym i były świadkami przyjęcia nowicjuszek.
W tej chwili sala kapituły tonęła w półmroku; nadciągające zewsząd cienie wieczora rozpraszał tylko nikły pełgot lampki krwawiącej u stóp Chrystusa Ukrzyżowanego. W kręgu tej cichej, smutnej rozświetli ujrzała Agnieszka na tle klęcznika wysmukły kontur ksieni. Z twarzą ukrytą w dłoniach, zatopiona w kontemplacji matka Anastazja nie odwróciła się na szelest jej kroków. Wikaria, nie chcąc przerywać jej chwili rozmyślań, zatrzymała się wyczekująco pod ścianą, opodal oszklonej szafki bibliotecznej.
Purpurowe rzuty lampki trafiały od czasu do czasu grzbiety książek i wyświęcały napisy. Jak w kalejdoskopie wychylały się z mroku i gasły orchidee mistycznych traktatów, rozpraw, dialogów. Przed oczyma Agnieszki przesunęła się w skrócie antologia hagiografii i mistyki chrześcijańskiej: Traktat o czyśćcu św. Katarzyny z Genui, Ruysbroeck’a Przedziwnego Zaślubiny Duchowe, Dionizego Areopagity Hierarchie Niebieskie, Katarzyny Emmerich Pasja bolesna, św. Bonawentury Teologia seraficzna, Angeli z Foligno Księga wizji, pełne metafizycznych upojeń rozprawy Magdaleny de Pazzi i liliowy kwiat średniowiecza, przepiękna Legenda aurea Jakuba de Voragine...
Nagle matka Anastazja podniosła się z klęczek i spostrzegłszy Agnieszkę, dotknęła kontaktu elektrycznego na ścianie przy stallach. Wnętrze wypełniło się łagodnym, przytłumionym przez mleczne matówki światłem. Ksieni zajęła miejsce za katedrą, wskazując siostrze gestem ręki jedno z krzeseł.
Agnieszka usiadła, w skupieniu ducha przygotowując się do rozmowy. Bo domyślała się już celu dzisiejszego wezwania. Od czasu do czasu w godzinach wieczornych, po nieszporach prowadziła przeorysza z siostrami zakonnymi dłuższe dysputy samowtór. Temat tych rozmów umiała matka Anastazja dostosować zawsze do poziomu duchowego interlokutorki, nie tracąc przy tym z oczu ogółu powierzonej sobie gminy niewieściej. Wysoka inteligencja ksieni harmonizowała w cudowny sposób treść tych silnie zindywidualizowanych dialogów z przeciętnym poziomem dyskursów zbiorowych prowadzonych pod jej przewodnictwem w dnie wyznaczone regułą klasztoru.