Siostra Agnieszka była jedną z najinteligentniejszych zakonnic; jej subtelna umysłowość była pod niejednym względem pokrewna umysłowości przełożonej. Toteż matka Anastazja, wyczuwając tę bliskość intelektualną siostry, chętnie zapuszczała się z nią w długie, przepojone ważką treścią rozmowy. Dysputy ksieni z wikarią, nacechowane głębią myśli, miały charakter wyjątkowy. Cel ich był pedagogiczny. Przy ich pomocy pragnęła przeorysza doprowadzić siostrę do tych wyżyn duchowych, na które wzniosła się sama. Bo przenikliwa, odczuwająca tajemne drgnienia serc intuicja mówiła jej, że w duszy Agnieszki toczy się wciąż zaciekła walka i że daleko jej jeszcze do seraficznej pogody oblubienic Chrystusa...
Jakby sondując wnętrze duchowe podwładnej, utkwiła w nią ksieni spojrzenie swych pięknych, mądrych, ciemnoorzechowych oczu.
— Przychodzisz od łoża boleści, siostro? — zapytała.
— Tak, matko. Siostra Beata jest dzisiaj bardziej cierpiąca niż zwykle.
— A jednak duch jej wciąż nieugięty. Czyż nie godna podziwu?
— Czcimy ją wszystkie jak świętą, a ja może więcej od innych, bo w jej obecności czuję małość moją.
— Chrystus ci wynagrodzi pokorę twoją, Agnes. Małeśmy wszystkie przy siostrze Beacie. Żagwi się ona pośród nas jak Kierz Płonący148, co wiódł lud Izraela do Ziemi Obiecanej.
Zaległo milczenie. Ksieni, jakby skupiając się, ukryła twarz w dłoniach; jej cudne, o subtelnym rysunku usta poruszały się lekko szeptem modlitwy. Gdy podniosła znów oczy, były pełne płomieni i blasków.
— A czy wiesz, Agnes, jaki cel mają cierpienia Beaty? Czy zastanawiałaś się kiedy nad tajemnicą męczeństwa?
— Niejednokrotnie, matko. Sądzę, że zadaniem istot podobnych jest ekspiacja cudzych grzechów. Podobno nasz klasztor wziął na siebie obowiązek zmycia hańby, którą okryto zakon naszych poprzedniczek.