Po czole matki Anastazji przesunął się ledwo dostrzegalny rumieniec.
— Nie można ściągać wielkości jej cierpień do wymiarów tak nikłych jak pokuta za winę jednostki. Niewątpliwie męczeństwo Beaty przynosi ulgę w kaźni i temu, który przed wiekami zbezcześcił klasztorne zacisze, lecz ma ono przed sobą daleko szersze, daleko rozleglejsze horyzonty. Czy słyszałaś coś o wielkim prawie „podstawienia”? O prawie „substytucji”?
— Nie, matko wielebna.
— Jest ono bolesnym darem, którym zaszczyca Chrystus tylko jednostki wybrane, a polega na tym, że wybrańcy biorą na siebie cierpienia fizyczne lub duchowe innych, którzy nie dorośli do ich ogromu, ugięliby się pod brzemieniem i zeszli na bezdroża. Substytucja duchowa, która niegdyś stanowiła chlubę karmelitanek, powoduje przenoszenie się katuszy moralnych z dusz słabych i podatnych jak trzciny na jednostki silne i odporne, które śmiało stawiają czoło pokusom i atakom ducha przewrotności. I to jest właśnie chwałą zakonów kontemplacyjnych, że przez modlitwy i umartwienia, przenosząc na się cierpienia duchowne innych, chronią dusze chwiejne i niepewne przed upadkiem; na nich to wyładowują się przeważnie ciężkie, miazmatami piekła brzemienne chmury; są niby gromochronami społecznymi, które zwabiając na się przez modlitwę szatański fluid, rozbrajają zbyt silne chwilami napięcie potencjału zła i grzechu.
— Więc przypuszczasz, matko wielebna, że siostra Beata jest jedną z tych dusz wybranych?
— Przypuszczam więcej nawet. Sądzę, że choroby znęcające się nad jej biednym ciałem, nie odpowiadają tylko chorobom fizycznym, które były przeznaczone dla innych, lecz są ucieleśnionym na drodze mistycznej symbolem chorób duchowych, których dzięki niej uniknęły całe rzesze, może całe społeczeństwa ludzkie w ciągu wieków.
— Roztaczasz, matko wielebna, przede mną tak dziwne perspektywy...
— Niemniej rzeczywiste. Czy cię nie uderzyło to, Agnes, że zawsze w okresach największego rozpasania zmysłów i w ślad za tym idących zbrodni pojawiali się na ziemi ludzie święci, pełni zaparcia się i żądni męczeństwa?
— Istotnie, matko. Wygląda to tak, jak gdyby szczytom wyuzdania musiały zawsze towarzyszyć Monsalwaty149 pokuty i cierpienia. Lecz czyż można to nazwać sprawiedliwym? Dlaczego zawsze ktoś ma cierpieć za drugich? Skąd ta nierówność doli?
— To tylko chwilowa konieczność, to tylko stan rzeczy przejściowy, będący wynikiem wielkiego prawa ewolucji powszechnej. Owszem, ja w tej „nierówności” widzę najwyższą sprawiedliwość. Bo słuszną jest rzeczą, by duchy silniejsze, wyżej na drabinie Jakubowej rozwoju stojące brały w obronę braci słabszych pod względem duchowym i pomagały im w pielgrzymowaniu ku bramom wieczystej Jeruzalem.