— Chociażby ci „bracia słabsi” odgrywali w życiu doczesnym role uprzywilejowanych, chociażby na ich drodze zakwitały same róże, tęczowały same jutrznie i blaski?

— Tak, siostro droga, tak: po trzykroć tak! Bo pomnij na to, że przyjdzie czas, gdy i ci marnotrawni synowie Ducha, te rozpieszczone przez życie beniaminki ockną się i oprzytomnieją; a wtedy i na nich przyjdzie z kolei okres twardej służby bożej i oni będą musieli w krwawym znoju dorabiać się Boga w sobie.

— Chyba po śmierci, matko? Biografie niektórych wielkich zbrodniarzy i „królów życia” są stylowe do końca: nie znać w nich ani cienia skruchy, ani śladu zboczeń z obranej raz drogi; życie niektórych „rozkoszników” snuje się aż do godziny zgonu jednym bujnym, powodzią świateł zalanym szlakiem, wydaje się być jedną wielką, bachiczną pieśnią radości i upojenia; nawet żałobne sztandary śmierci pochylają się kornie przed krasą ich życia: umierają nagle, szczęśliwie, bez cierpień, prawie nie wiedząc o tym. Więc chyba po tamtej stronie, w retortach zaświatów przetapiają się ich dusze?

— Sądzę, że duchowi jedynie przez ciało ku wieczności droga.

— Więc jakże pogodzić te sprzeczności, matko? Jak wyjaśnić tę zagadkę?

— A skąd ta pewność, Agnieszko, że żyjemy raz tylko? Że w ciągu jednego żywota wyczerpujemy wszystkie tkwiące w nas możliwości?

— Więc wierzysz w powrotne wcielenia tej samej jaźni, matko?

— Chrystus Pan nigdzie nie wypowiedział się przeciw tej prastarej wierze...

Umilkły. W łagodnej poświacie wnętrza, na tle surowych ścian kapitulnej sali niby wycięte w onyksie rysowały się subtelne ich profile: ascetyczny, przeduchowiony matki Anastazji i wrażliwy, nerwowy siostry Agnieszki. A wśród ciszy wieczornej godziny niby motyw przewodni środowiska płynęła z oddali przytłumionym rytmem wieczysta pieśń morza.