Krajobraz zimowy
Zima rozsiadła się na dobre na kaszubskim brzegu — sroga, pazurami mrozu zjeżona, od wichrów rzężenia ochrypła zima. Zakasała huby150 śnieżystej karwatki151, nacisnęła na sędziwą głowę uszatą, kożuszkiem szronu podbitą mucę i hulała po przystrądziu. Stężały na kość zasiąkla, pokryły się powięzią jeziora i stawy, zaciągnęła skrzepem przybrzeżna fala. Na zrębach spychów dumały na pół zamarzłe, sumiaste zwisy, podobne do rozczochranych wąsów i bród stolemów. Posczezały do niepoznaki wydmy, kopce i duny152 piachów, a na ich miejsce wyrosły śnieżne, lśniące szkliwem posrebrza czapy i sterty, na których szczytach wystrzelały zielone pióropusze charszczu i chwierutały się sieroco153 na wietrze.
Jak daleko okiem objąć ląd, od ujścia Piaśnicy wedle granicznych Dębków poprzez Rozewską Blizę, hań w dół, na południe helskim pałaszem, aż po redę154 w Gdyni — wszędzie widział się lód i śnieg; mróz wziął się za bary nawet z morskim bujowiskiem155 i zmógł je stronami przy brzegach; skostniała toń w Wiku na twardą gołoledź, że można było przejść suchą nogą od Pucka do Jastarni, pokrzepły belnie daleko w „kraj” zapędzone, pośrodku gdyńskich łąk porozlewane wody przystani; i w awanporcie z godziny na godzinę ścinała się fala na zdradziecki śrysz, co gruzłami szkliwa tamował dostępy i wjazdy. Na pełnym rozchylisku przewalała się denega156 ciężka, ospała i zwarta w szafirowo-szary zwał, na horyzoncie przesuwały się groźnie cyple i szczyty kier.
Nad sitowcowym hakiem wedle Wielkiej Wsi i ondzie nad mewią rewą, co piaszczystą ławicą przebiera się chyłkiem pod wodami od Kuźnic ku „krajowi”, rozwieszała w porze południowej ruchna i rańtuchy157 gruba, mlecznobiała douka158, że nie było widać nic już w odległości kilku kroków.
Pod zachód, gdy wieczorny, mrozem zaprawiony wiatr rozpędzał mgły z wikowej snadzizny159, oglądało się na ziemię słońce czerwone, krwiste i zimne. Na ściemniałym granacie nieba krzyżowały się na dobranoc ścigłe loty mew i kormoranów, na wirchach klifów i uroczysk majaczyły senne zwidy zimorodków. Od morza szedł przednocny ziąb i przenikał na wskróś niczym brzeszczot stali. Hej, zima włodarzyła na pobrzeżu, luta, kaszubska zima!...
Tak minął otulony opończą śniegów godnik160, minął styczeń i zawitał zjuszony pogwizdami wichrów gromnicznik161. Znienacka nadciągnęły od Szweda cichą ławą szproty, śledzie i wywabiły na łowiszcze flotyllę botów.
Obuci w wysokie, jałowicze skórznie, opięci mocno w nieprzemakalne zydwestki i impregnowane eltychy bobrowali maszopi całymi dniami po morzu, odbijając się daleko od strądu na żaglówkach i kutrach. Nęciła ich ku sobie obietnicą połowu „bretlingowa162” woda o swoistym, białawym odcieniu. I nieraz zdarzało się, że wracając do checz163 z botami164 przeładowanymi sielawką, musieli je przeciągać przez lód, którego zaborcze zasięgi posunęły się w międzyczasie w głąb morza.
Potem przyszła kolej na węgorze. Grepami, po czterech, po pięciu z trójzębnymi ościeniami w ręku, niby jakieś hiperborejskie Trytony i Neptuny zapuszczali się ryboce jastarniccy i z Helu po lodzie w głąb wiku na poszukiwanie gniazd i kłębowisk „bodzionków”. Od rana do nocy rozlegało się w zatoce stukanie bodorów165 wziernikujących tajniki podlodowej nawierzchni.
Praca była żmudna. Smaleni przez nielitościwy wiatr, przemarzli do szpiku kości ryboce wybijali przeręble i zapuszczali w nie sondy bodorzy. Czasem godzinami bodli lód na próżno, czasem, gdy św. Antoni sprzyjał i wysłuchał modlitw pozostałych w domu białek, natrafiali na całe wężowiska odrętwiałych, w drzemce zimowej pogrążonych ryb. Teraz szło już wszystko snażnie jak na płani w czas głady. Wpierając się w szkliwo lodu żelaznymi bierdżadłami166 podeszew, ściskając krzepko w dłoniach stroisze167 ościeni, wywiercali w niewielkich od się odstępach w linii prostej od odkrytego legowiska dalsze przeręble i zawsze już wyciągali z zimowych pieleszy kłębowiska dziwnie poplątanych, zguśniałych od sennej drzemoty bodzionków.
Lecz niekiedy połów kończył się tragicznie. Zdarzało się, że rybak zacietrzewiwszy się zbytnio, „pchnął” za daleko od strądu, zapędzając się w sferę niepewną, na pół tylko zamarzłą; nagle lód pękał mu pod nogami i pokruszony na tafle „szczytów” odpływał z nieszczęśliwym na szor168. Epilog żeglugi na „szczycie” najczęściej bywał fatalny. Zagnany na pełne morze rozbitek zwykle ginął z głodu i zimna, zanim zdołano mu przyjść z pomocą; rzadko tylko udawało się doświadczeńszym i silniejszym przez przeskakiwanie ze „szczytu” na „szczyt” dotrzeć z powrotem do lodowej calizny lub przy pomocy bodoru skierować bieg tafli w stronę zbawczej zatoki. Zwyczajnie zabłąkani w pustyni wodnej nie wracali już do rodzinnej chaty. Tak przepadł bez wieści przed laty Jan Mroch, bosman z Poczernina, w podobny sposób zaginął bez śladu Grzegorz Glasz, retman z Odargowa. Morze jest zdradliwe — nawet wobec swoich ukochanych dzieci...