W połowie lutego zaniosło się na wielki łów niewodami w Sulistrowskim Jeziorze. Wybrany jednogłośnie przez „prawiów169” wodzem wyprawy Mateusz Chojka z Oksywia wyznaczył zbiórkę na dzień św. Macieja Apostoła, który tego roku przypadał na 24 lutego.
Już od wczesnego rana zaroiły się brzegi jeziora od maszopów i pomocników — „manteliksów”, wśród których nie brakło i dziewuch, radych, że nadarzyła się sposobność do przyśmiechów i pogwarków z knopami. Dzień wstał jakiś niemrawy, doukowaty170, a lodowe podmuchy Nordy171 niedobrze wróżyły. Jakoż koło dziewiątej nadciągnęła znienacka czarna jak noc tamcza172 i opuściwszy się ciężko na jezioro, zarzuciła na świat nieprzeniknioną mreżę poćmy. Szczęściem jak nagle przyszła, tak i odleciała, sypnąwszy na pożegnanie śnieżną kurzawką.
A właśnie na tę chwilę przyśpiał173 wódz wyprawy, spóźniwszy się trochę z tej przyczyny, że wraz z kilkoma prawiami chciał wysłuchać do końca mszy do św. Piotra, którą ksiądz kapelan Pszenicki odprawił na intencję połowu w przydrożnej kaplicy.
Chojka ledwo wysiadł z sań i otrząsnął się ze śniegu, dał znak do rozpoczęcia dzieła. Mocarne, rozłożyste w barach knopy i maszopy czyhały tylko na ten znak. Nie przebrzmiała jeszcze komenda, a już zadudniło na jeziorze jak na klepisku po ożniwinach. Na prawo i na lewo od miejsca, które zajął Chojka, zaczęto wyrębywać przeręble. Gdy poprzez otwory zaczerniała woda i wyzierała ku ludziom niby duże, czworogranne oko, zapuszczono gęstą, podwójnie skręcaną „watę” przytwierdzoną do dwóch drążków. Wkrótce spętane lodem jezioro pokryło się czworokątami rząpów i cembrowin, że z daleka wyglądało jak wielka, obwałowana szańcami śniegu szachownica.
Tymczasem w środku łowiszcza, tam gdzie obrał sobie stanowisko Chojka, wycinali „prawie” przerębel główną. Ku niej to, niby tętnice i arterie ku sercu zmierzały promienisto poprzecznymi kanałami i ścieżynkami przeręble oboczne.
Praca przeciągnęła się do południa. Dopiero „po półni”, wedle podwieczorku zaczęli prawie wlec niewody do przerębli-matki. Chojka ćmiąc fajkę, otoczony kłębami żółtego dymu czuwał nad wydobywaniem sieci. „Cześnik”, Grzegorz Paszek z Małego Kacka i kilku maszopów z Karwi i Odargowa chwyciło za rękojeści kołowrotów. Nabrzmiały mięśnie ramion, napęczniały żyły na czołach; rzęsny pot, chrzest gorzki utrudzonych, wywiązał się z ciał cierpkim wysiąkiem. Powoli, ociężale szedł w górę wielki niewód, kręcichą zwany, a za nim inne pomniejsze: klepy ze stedrami, wątony przepastne, pławnice z macecą w pośrodku, gruntowniki, drguby troiste, na łów wielmi zachłanne i matnie zdradliwe. A wszystkie pełne, a wszystkie rybą ciężarne. Poprzez oka niewodów i cez przebłyskiwały pancerzami łusek szczupaki, łososie, karpie i jesiotry, przeglądały obłe ciała miętusów i węgorzy, duśbiły się okonie, leszcze, jazgarze, stynki i karasie; miejscami, tam i sam spośród szarej czeladzi płotek, bańtek i mutek wyłaniał się pękaty, wisiorami wąsów obwieszony łeb starego suma. Rzuciły się chciwie ku zdobyczy manteliksy z karzniami i liszkami. Ryba, co większa i przedniejsza, przypadła w dziale prawiom, właścicielom łodzi i niewodów — pospolity czmyr dostał się pomocnikom. Nie obeszło się przy tym bez kłótni i sporów, ile że każdy chciał zagarnąć dla siebie, co lepsze. Najgłośniej rządziła się wśród białek Ota Paczulanka, manteliksa Piochowa. Jak möra-nocnica uwijała się przy przeręblach, wytrząchując do hurtownika karznię raz w raz zapełnianą rybami po brzegi. Aż ją Chojka hamować musiał, przed oczy stawiając innych, którym też się coś należało.
Wyłowek i podziałek przeciągnął się do późnego zmierzchu; poślednią część pracy wykonano już przy blasku pochodni. Józek Pioch, co się dotąd z dala trzymał od Dorszówny, pilnie strzeżonej przez zazdrosnego ojczyma, zbliżył się nagle do niej i korzystając z półmroku, objął w pół i przytulił do roztęsknionej piersi. Lecz nie uszło to uwagi Kurra. Jak spod ziemi wyrósł tuż przy zakochanych.
— Te kątorze174! — rzucił zjadliwą obelgę rywalowi. — Wara ci od moje dzewus175!
I zamierzył się nań pięścią. Józk, wypuściwszy z objęć Hedę, odparował zręcznie cios i już gotował się do walki, gdy rozdzielił ich surowy głos wodza:
— A wom wara od kłótnie i wygrozy! Lepiej beło wom dzisia doma siedzec, przy strondze żaki krzewac abo z biołkami ceze wizc176, niż po próżnice burde robic i mową kąśliwą jeden drugiego gryzc. Małe tu z wos dzisia beło ucieszenie. Idzta teroz precz do checz, każdy po osobni, bo se belnie strachuję, by Smantk177 wom większe zawzientości do serca nie przignoł.