Wielka musiała być powaga i znaczenie Chojki wśród Kaszubów, bo przeciwnicy, choć ich ofuknął ostro, nie bardzo przebierając w słowach, od razu zaprzestali zwady i tylko łypiąc na się złowrogo spode łba, rozeszli się w przeciwne strony.
Tymczasem połów skończył się. Objuczeni karzniami i liszkami prawie, manteliksy i maszopy zaczęli ściągać się z jeziora na brzeg. W świetle pochodni i żagwic postacie ich wyolbrzymiałe konturami cieniów pomykały po drogach i ścieżach, podobne orszakowi duchów i stolemów. Tu i tam zadźwięczały dzwonkiem sanie unoszące jeziorzany łup w odleglejszą stronę, tu i tam zaturkotał wózek furmanki. Czyjś głos świeży i młody, tęsknotą nabrzmiały nucił smętną jakąś piosenkę; melodia oddalała się w głąb lądu, cichła, mętniała, aż zgłuchła, rozwiała się wśród cieniów nocy...
Brzegiem spychów, ścieżyną biegnącą nad stromym wiszarem pospieszali samotrzeć: Mateusz Chojka, Ota Paczulanka i Antoni Pioch: starym, pięknym zwyczajem szli podzielić się połowem z Tomaszem Wzorkiem, latarnikiem z rozewskiej blizy. Należało się to staremu po sprawiedliwości, bo stróżem był czujnym i wartował u przylądka niczym żuraw. Toteż szanowały go władze portowe w Gdyni i wśród maszoperii rybackiej miał wielkie zachowanie178. Godnym był człowiekiem pan Tomasz Wzorek, rozewski latarnik. Dlatego lubo179 obciążeni rybą w karzniach przewieszonych przez plecy, lubo chłostani przez Nordę bez litości, szli wszyscy troje ochotnie, bo oczekiwał ich gospodarz życzliwy.
Wśród jęków wichru minęli Chłapowo, obeszli borszucze wykroty Jażwcowego Jaru i opuściwszy się ku strądowi, wstąpili na betonowy bulwar u stóp latarni.
Teraz szło się im gładko, jak po stole. Po prawej huczało morze, obryzgując ich co chwila popluszczą pian, po lewej, poza szkieletami drzew rysowała się wysmukła sylweta latarni. Zeszli z bulwaru i zaczęli wspinać się po wąskiej, wyłożonej progami ścieżce. Na chwilę przysłonięta zboczem przylądka bliza znikła im z oczu; tylko świetliste dreszcze jej migawek upewniały ustawicznie, że tam, w górze jest i czuwa.
Zmęczeni wdzieraniem się po pochylni Pioch i Chojka przystanęli w połowie drogi; bardziej od nich wyczerpana Ota przysiadła na ławce pod sosną. W milczeniu rozglądali się po okolicy.
Smutno było na rozewskim wydrożu w tej porze. Z pościeli śniegów dźwigały się osierocone śniaty180 jesionów i grabów, potrącając się wzajemnie kikutami nagich pławin — smętne, nastroszone nad roztoczą chocholiska. Wśród powęźlonych dziko chaszczy i drzonów dumały uschłe badyle sarnowca i krwawnicy, pokazywały morzu nędzę łodyg laskonogie tawuły. Wiatr luty, wiatr zajadły wpadał co chwila w tę zubożałą stronę, wykręcał drzewom ramiona w stawach, tarzał się w śniegu i wzbiwszy w górę białą kurzawę śniegu, wracał w pogwizdach ku płani.
Hej, inaczej tu bywało w czas lata, w żniw porę urodziwą, gdy zakwitły jarzębiny, głogi, zazieleniały lipy, brzozy a spodem podesłały się kilimami ametystowe mikołajki, osty i nietoty! I wiatr wtedy nie miał tu dostępu, bo napęczniałe sokiem gałęzie, listowiem zbrojne, zuchowate stawiały mu się hardo, sprężone w sobie i nieustępliwe — i morze, ilekroć nazbyt daleko zapędziło się pod blizę, spotykało odpór mężny, zwarty, niewątpliwy. Hej, inaczej tu bywało, inaczej w porę lata urodziwą...
Zakisłymi od starości oczyma wodziła Ota po bezludziu. Szedł od niego w jej zgorzkniałą, piołunem zaprawioną duszę wielki smutek zimy i mroził resztki krwi. Oddychała ciężko, bo ładunek karzni przenosił181 jej siły. Nie byłaby może nawet powlokła się za szyprem i Piochem do Rozewia, gdyby nie znęciła jej obietnica większego przydziału w rybach oraz pewne widoki na wzorkową „zoczerkę” z mąki żytniej i tłusto omastą okraszone golce.
— Ninia! — zawołała, powstając z ławki. — Idzemy?