— A no, gwes idzemy, ciejeś już odpoczęła — odpowiedział jej szyper, przekrzykując jęki wichru.
I poszli. W kilkanaście minut później kołatali już do drzwi wchodowych latarni. Otworzył im mężczyzna wysoki, chudy, z długą, mleczno-białą brodą, w futrzanej mucy na głowie.
— Witajcie, kumo i wy, kochani somsiedzi! — powitał ich i przyświecając kagankiem, poprowadził przez dziedziniec do parterowego domku obok latarni. Wkrótce potem goście, obsiadłszy duży, staroświecki kominek, rozgrzewali przy ognisku zdrętwiałe ręce i nogi. Gospodarz odebrał podarki, podziękował mocnym uściskiem dłoni i oddawszy ryby pod opiekę Rozalii, starej, od lat mu wiernie gospodarzącej słudze, usiadł obok na zydlu. W blasku jarzących się krwawo bierwion zarysowało się teraz wyraziście jego piękne, posągowe oblicze.
Twarz latarnika z Rozewia znamionował kamienny spokój; zdawało się, że nic na świecie nie potrafi zamącić nadludzkiej ciszy jej rysów. Wsłuchany w wieczysty rytm morza Tomasz Wzorek jakby wchłonął jego majestat i powagę — zapatrzony w gigantyczne rozchwieje deneg182 stał się jak one bezwzględny i nieczuły. Latarnik z rozewskiej blizy był jak konieczność, jak nieubłagane rozkazanie. Zawieszony między niebem a ziemią i między lądem a morzem w lat długim korowodzie stał się człowiekiem rubieży, istotą na pół rzeczywistą; był jak posąg samotny na pograniczu dwóch światów, jak drogman przedziwny nasłuchujący szeptów płynących zewsząd ku szczytom niebosiężnej czatowni.
Od jak dawna pełnił obowiązki latarnika, nikt ze współczesnych mu nie umiał powiedzieć; najstarsi ludzie z pobrzeża mówili, że ich ojcowie znali już Wzorka z Rozewia; początki jego służby w nadmorskiej wypatrzni gubiły się oczom ludzkim w mrokach przeszłości; latarnik miał dziś może lat sto, może więcej; któż odgadnie?
Skąd pochodził, z jakich stron był rodem, też nikt nie wiedział. Nosił się jak Kaszub, lecz czy był nim ze krwi ojców, nie wiadomo. Mowa jego przeplatana z rzadka tylko nalotami postrądzia, nalotami jakby umyślnymi i siebie świadomymi, zdradzała człowieka ze stron odległych. Nagabywany o to wręcz, zbywał Wzorek pytania pogardliwym milczeniem.
W ogóle rozewski strażnik niechętnie wdawał się w dłuższą gawędę i stronił od ludzi; wieloletnie obcowanie z żywiołem, zda się, odstręczyło go od życia gromadzkiego; słowa jego skąpe i rzadkie miały za to ważkość kamiennego rzutu.
I dziś, lubo obdarowany hojnie i znać rad swoim gościom, milczał uporczywie, pykając z bursztynowej fajeczki. Aż Chojka wyciągnął go na słowo:
— Co u wos słychoc, somsiedze?
Wzorek wyjął z ust fajkę i przez chwilę wpatrywał się w ogień. W końcu, jakby odpowiadając własnym myślom, rzekł półgłosem: