— Jak tu pięknie — szeptał, wtórząc myślom swoim — jak tu pięknie, bracia moi, reboce! Bujna, bezpańska dziedzina. Dzień w dzień, noc w noc grają mi wieczyste chorały fal, zawodzą wielkie harfy wiatru; dzień w dzień, noc w noc słyszę oddenne rytmy wełn, wichrowych skarg poświsty. Nad roztoczą wód, nad szumawą pian sam jestem, sam jak pierwszy człowiek na ziemi. Nade mną niebo, pode mną morze i ten skraw ziemi i więcej nic: nic prócz Boga i Jego bezmiarów...

Umilkł i przyczajony jak do skoku wżerał się spojrzeniem w noc. Wtem wyciągnął ramię i wskazując coś na morzu, zapytał:

— Widzicie tam na wirchu tej czarnej, zjuszonej posoką białych jadów denegi?!

— Statek — odpowiedział mu drżącym głosem Pioch. — Statek rozbity na ręby...

— To Szalona Fregata, towarzyszu ze strądu: opętana fregata bez steru, bez załogi, co błąka się po tych wodach od wieków. Nikt nie zna celu jej drogi, nikt nie zbada jej kursu. Od niepamiętnych czasów zeszła z rumbu i tuła się jak widmo, jak zmora... Na ocalałym cudem jakimś bezanmaszcie płonie gromnicznym światłem zielona latarnia i sieje upiorne światło na spróchniały pokład. Wśród oplączy powęźlonych want189 i sztagów190, wśród zgmatwanej na wieki sieci szkotów i halsów czernieją poszarpane płachty żagli, szczerzą się piszczele rej, bomów i gafów191. A w pośrodku, na kapitańskim mostku jakby na ironię zatknięty igraszką fal w rozszczepiony bosak zwraca się ku morzu wylotem trąby sztormowy megafon...

— Mróz idze ku nom od zwidu — mruknął, żegnając się Chojka.

— Ju sczezło — stwierdził po chwili, oddychając z ulgą Pioch.

— Ha, ha, ha! — zaniósł się nagle dziwnym śmiechem latarnik. — A czy wam się zdaje, że on tu jeden na bujowisku192? He, he, he! Gdzie tam! Setki ich tu się snują po falach, tysiące! Tylko oczy trza mieć wzwyczajone, tylko duszę wsłuchaną. Ja je znam wszystkie, słyszycie? Wszystkie! Przeciągają tędy przede mną korowodem mar od lat stare, z zagiętymi ku wnętrzu wargami burt karawele, korsarskie korwety, średniowieczne galeony i galery, dziwaczne, szyjami gryfów wygięte korabie, nawy i balingery. Znam je wszystkie po imieniu, znam te bezdomne włóczęgi, te pływające trumny. Zatopione przed wiekami ich kadłuby rozpadają się powoli gdzieś na dnie bełków193 i otchłani, gdy widma ich wydźwignione z głębin wspomnieniami ludzi tłuką się z kąta w kąt po morskim bezdrożu. Z wysokości mojej czatowni śledzę ich szlaki błędne, kursy opętane, Bogu jednemu czy szatanowi wiadome. W głuche, jesienne noce, gdy rozhula się sztorm i morze rozkiełza miotem przewałów, widzę w rozbłyskach piorunów, jak borykają się z falą, wirują w piekielnym tańcu run lub porwane w szpony orkanu mkną lotem błyskawic po grzbietach grzywaczy.

Postawiony wolą losu na krzyżownicy wielkich dróg odbywam tu dziwne rewie; zrządzeniem doli wyznaczon na strażnika morskiej wypatrzni sprawuję tu rzadki urząd. Wychylony głęboko w roztocz wód, podany cały ku morzu jestem tu niby ogniwo pośrednie w łańcuchu stworzenia. O parę stajań od blizy, hen, w tym strzelistym klasztorze pełnią się co dzień sprawy Ducha, goreje lampa wieczysta bożej sprawy — do stóp klasztoru, niby do nóg matki przytuliła się susza lądu, przywarły ludzkie checze, przygarnęły się ludzkie serca — a dalej — już tylko wiecznie ruchome, wiecznie zmienne, wiecznie przelewające się morze. Na rubieży dwóch światów, na przejściu od bezkształtu Ducha do stężałych form ciała dźwiga się ponad rozchyle wód moja wieża; oczy jej czujne, nieustraszone patrzą spokojnie na prawo wieczystej przemiany, na nieśmiertelną wędrówkę Ducha z dziedzin nieokreślności w świat kształtów i na jego drogę powrotną. Morze, co wkoło oblewa moją latarnię, morze przetapiające bezustannie torsy fal w retortach zgonów i narodzin, wtórzy znojowi Ducha; jego huczne, wichrami orkanów, rykiem sztormów rozśpiewane chorały gędzą od wieków, od prapoczątku mękę wcieleń i zaników, rozbrzasków i zmierzchów. A tęsknica tułających się fal znakiem jest ludzkiej, wędrowniczej doli.