Ciemna Jutrznia

Był schyłek Wielkiego Tygodnia. Rozszlochany skargami gorzkich żalów, rozsmętniony melodią suplikacji klasztor zbliżał się powoli ku wielkiemu dniowi Zmartwychwstania. Opustoszały ołtarze, umilkły dzwony, rozklekotały się drewnianym głosem kołatki. Nastała chwila zawieszenia, moment tęsknego wyczekiwania brzasku. I podczas gdy w perspektywie jutra wyczarowywał się już radosny świt, rozśpiewane hejnałami dzwonów Allelujah rezurekcji, nieubłagane, bezpośrednie „dzisiaj” spowijało serca kirem żałoby...

Jak za czasów wczesnego chrześcijaństwa, w epoce potajemnych zborów w podziemiach katakumb odprawiał klasztor Ciemną Jutrznię po północy. W kościele po stronie Epistoły zapłonęło na trójkątnym świeczniku 15 świec, symbol Apostołów i uczniów z Mistrzem na czele — sześć innych, również z żółtego, miodem pachnącego wosku rozbłysło na Wielkim Ołtarzu.

Z korytarza klasztornego wyszedł błękitny orszak Morskich Panien i rodzielony na dwa zastępy wypełnił stalle prezbiterium. Ksiądz kapelan Pszenicki w asyście diakona, księdza wikarego z Odargowa rozpoczął officium tenebrarum194.

W mroku nocy zaglądającym do wnętrza świątyni przez szyby witraży, przy zgłuszonym przez mury akompaniamencie morza zabrzmiała melodia antyfony: — „Astiterunt reges terrae195” — a w ślad za nią pełne oburzenia pytanie wielkiego Psalmisty: — „Przeczże196 szemrają poganie a ludy rozmyślają o rzeczach próżnych?”.

Powoli melodia psalmu wyczerpywała się; głos księdza jakby znużony wysiłkiem załamał się i umilkł.

Siostra zakrystianka przystąpiła do płonącego trójkąta i zgasiła pierwszą świecę u dołu od strony Ewangelii. Po kościele powiało nagle chłodem; jakby z ubytkiem tej jednej świecy wypaliło się jedno ożywcze ognisko i jakby zgęstniały mroki kwietniowej nocy...

A potem przyszła kolej na dalsze antyfony, psalmy i lekcje. Wśród coraz to pogłębiających się mroków świątyni, w przedświtowym chłodzie wnętrza snuły się różańcem recytatywów nabrzmiałe goryczą lamentacje, krwawiące bólem Ogrójca responsoria i rezygnacją owiane nokturny. Przed oczyma duszy odtwarzała się coraz wyraźniej, coraz plastyczniej przebolesna wizja klęczącego na Górze Oliwnej Syna Człowieczego, który resztkami instynktu broni się przed wychyleniem kielicha. Uczucie ogromnego osamotnienia, bezwzględnego opuszczenia przez wszystkich, nawet najbliższych narzucało się nieprzepartą suggestią i pogrążało w topiel bezbrzeżnego smutku. Sam, sam wśród ludzi...

A świece gasły, konały jedna po drugiej jakby z nakazu nieubłaganej woli, zawodziły w ostatniej, rozstrzygającej chwili, jak ongiś zawiedli Mistrza uczniowie w zaciszach Ogrójca. W końcu gorzał na szczycie trójkąta tylko jeden, nikły płomyk wydany na pastwę mroków w pustce czarnej, samotnej nocy.

Gdy po pieniu pochwalnym Zachariasza i antyfonie ksiądz Pszenicki zaintonował „Christus factus est pro nobis”, diakon wyjął ostatnią płonącą świecę z wierzchołka symbolicznego triangułu i potrzymawszy ją przez chwilę nad brzegiem Epistoły, ukrył za ołtarzem.