Klęcząc już u stopni Stołu Pańskiego odśpiewali celebrujący i diakon psalm „Miserere”. Potężna, rozdzierająca melodia wypełniła wnętrze zanurzone w matnię cieni. Gdy rozpłynęły się po kaplicach i niszach ostatnie echa psalmodycznej skargi, ksiądz kapelan zakończył nabożeństwo modlitwą „Respice, quaesumus”197 W kościele rozległ się łoskot książek uderzanych o pulpity niby dalekie wspomnienie chaosu i zamętu po zgonie Zbawiciela. Spoza skrzydła ołtarza wyniosła zakrystianka ukrytą tam świecę i trzymając gorejącą wysoko ponad głową, postąpiła ku środkowi prezbiterium.
Wśród zaległej nagle ciszy obaj kapłani podnieśli się z klęczek i odeszli do zakrystii. W blaskach migocącej rdzeniem ogniska lampy wieczystej rozwinął się ciemnobłękitną wstęgą orszak sióstr i cicho, wśród szeptów modlitwy zagłębił się w podsienia klasztornych korytarzy. Na niebie świtało.
Nabożeństwo jutrzniane nie wywołało w sercu Agnieszki pożądanego nastroju. W duszy jej zamiast Oliwnego Ogrójca rozgościło się grzeszne roztkliwienie nad samą sobą; skargi psalmów, zamiast odtworzyć mękę duchową Zbawiciela, uświadomiły jej tylko własny ziemski smutek. I stała się dla wikarii ta Ciemna Jutrznia symbolem zdarzeń, co wkrótce już przywędrować miały szlakami żałoby, zapowiedzią jej własnych dróg krzyżowych, jutrznią złowrogich przeczuć.
Prawem niczym nieuzasadnionej, w głębinach duszy wylęgłej transpozycji przerobiły się melodie wielkopiątkowego nokturnu na uporczywe refreny fal morza. — Opętana ich rytmiką, oczarowana natrętnym ich urokiem wykradła się na palcach z dormitorium i wyszła na taras.
Była czwarta nad ranem. Łagodna, przedświtowa bryza zmierzwiła powierzchnię morza w bezlik białych run, co rozrzucone tam i sam pasły się jak stada baranków na płani. W przestrzeni panował szaroróżowy ton, na niebie spełzły już ostatnie gwiazdy i śnieżny sierp księżyca rozpływał się powoli w błękicie. Od strony Rozewia słała latarnia pożegnalne blaski, nadciągały porannym wyrojem stada mew. Gdzieś w głębi lądu piały koguty, dudnił daleki turkot wozu. Dzień wstawał wiosenny, poranek się budził kwietniowy...
Wsłuchana w łoskot przyboju198, w chichoty rozbijanych przez rafy na miazgę fal patrzyła Agnieszka w bezmiary roztoczy. Morze było puste; ani jeden żagiel nie rozpinał skrzydlatego ramienia nad rozchylą wód, ani jeden komin nie rzucał poza siebie wydłużonego cylindra dymu.
Nagle spoza rozewskiego przylądka wychynął oścień199 statku z wydętymi od wiatru dzióbakami. Po chwili okrążywszy szerokim półkolem blizę, wyłonił się w całej okazałości piękny żaglowy dwumasztowiec; łopocąca na gaflu jego rufy biało-czerwona bandera zdradzała przynależność polską. Szedł pod wszystkimi żaglami; wypełnione przez wiatr płachty prężyły się jędrnie jak olbrzymie, białe piersi.
Statek zbliżał się szybko na linię klasztoru. Wtem gdy mijał połowę odległości między nim a blizą, nastąpiła w ożagleniu widoczna zmiana: zniknęły płótna górne i dolne, zwinęły się kliwry i sztaksle200 a okręt zmieniwszy kurs, zwolnił biegu i jak tanecznica zaczął zataczać to naprzód, to wstecz niewielkie półkola; sprawiało to wrażenie, jakgdyby statek przestał żeglować w obranym kierunku i pragnął jak najdłużej utrzymać się na punkcie osiągniętym. I rzeczywiście po upływie pewnego czasu nie posunął się ani ćwierć mili morskiej lecz wciąż lekko i zgrabnie zakreślał drogę wahadła.
Na pokładzie uderzał brak ruchu; jak gdyby załoga po przebrasowaniu201 rej i żagli zapadła się pod ziemię; tylko sternik drzemał przy odchylonym na wiatr rumplu202.