Nagle na wyżce ukazał się mężczyzna w mundurze kapitana statku i oparłszy się o balustradę, zaczął przez lunetę obserwować wybrzeże. Stożek lupy powoli wędrował wzdłuż linii strądu, przeglądał uważnie nadbrzeżne wydmy, błądził po klifach i wreszcie zatrzymał się na klasztorze. Siostra Agnieszka instynktowo wyczuła, że marynarz spostrzegł i dlatego nie spuszcza lunety z poziomu tarasu. Ogarnęło ją uczucie zakłopotania; nie wiedziała, jak postąpić: odejść w głąb klasztornego ustronia czy pozostać na miejscu...
Nagle luneta wypadła z rąk obserwatora. Kapitan wyprostował się jak na baczność przed przełożonym i gestem żołnierskim przyłożył dłoń do daszka czapki.
— Czyżby kogo pozdrawiał?
Wikaria objęła szybkim spojrzeniem brzeg i otoczenie, lecz nie spostrzegła nikogo; ani na strądzie, ani na terasie nie było w tej chwili prócz niej żywej duszy. Więc pozdrowienie było skierowane w jej stronę? Nieokreślone uczucie zaczęło oplątywać jej dusze lianami czaru i lęku.
Tymczasem nieznajomy zeszedł z wyżki i manewrował przy szluplinach. Po chwili czarny kadłub szalupy podobny z daleka do dużej, pękatej łupiny zaczął po blokach obsuwać się na powierzchnię morza. W parę minut później kapitan odbijał od statku w kierunku klasztoru.
Agnieszka patrzyła na zbliżającą się szybko łódź; oczy jej jak uwiedzione siłą nieodpartych, bo tajemniczych uroków śledziły ruchy wioseł rozbryzgujących przedświtową falę, podziwiały męską moc ramion skracających z nieubłaganym uporem przestrzeń, co ich jeszcze dzieliła. Wtem zadrżała i zachwiała się jak pod ciosem przeznaczenia: poznała Janka Warmskiego!...
A on, jakby widząc, co się z nią dzieje, zerwał czapkę z głowy i, ukląkłszy na dnie szalupy, błagał ją oczyma o łaskę i przebaczenie.
— Odejdź stąd! Uciekaj stąd! — nakazywał jej głos czyjś surowy, niemiłosierny.
— Nie mogę. Na Chrystusa rany, na wszystko, co święte, nie mogę. Nie mam siły — broniła się rozpaczliwie, przechylając się przez balustradę ku kipieli. A tam w dole, wśród warów morskiego wrzątku, pomiędzy zjeżonymi wokół iglicami raf żebrał o litość jednego jej spojrzenia kapitan Jan Warmski. Podrzucany wraz z swą łupiną przez wściekły rozmach przyboju, pod ustawiczną grozą rozbicia i śmierci, z uporem szaleńca utrzymywał się na zjuszonej fali i wzniesionymi ku tarasowi oczyma pił słodycz jej spojrzenia, upajał się bezcennym widokiem najdroższej na świecie istoty.
— Hanko, Hanko moja! Tyżeś to, Hanko, tyżeś to naprawdę?