I porwany wirem pomiędzy skały, zapędzony wraz z szalupą w jakąś ponurą uliczkę między cyplami raf a calizną klasztornej rozkali przytulił usta do kamiennej, wiecznie mokrej ściany i całował w uniesieniu podnóże skalnego tronu, na którym Ona królowała.
Zapatrzona w tęsknicę oczu, urzeczona bezmiarem jego miłości siostra Agnieszka nagle drgnęła. Ktoś ją wołał po imieniu. Odwróciła twarz od czarownej topieli i spostrzegła o parę kroków za sobą siostrę Benedyktę.
— Siostro — mówiła tonem usprawiedliwienia — officium poranne już rozpoczęte; nie zechcesz wziąć udziału w ceremonii święcenia ognia i wody?
— Officium poranne już rozpoczęte — powtórzyła jak przez sen Agnieszka i podniosła rękę ku czołu.
W tej chwili strzeliły spod horyzontu pierwsze promienie wstającego słońca; różowe blaski zapaliły się w witrażach klasztoru, spłynęły na flizy tarasu i stoczyły w dół po pochylniach skały.
Agnieszka zapuściła chciwe, ostatnie spojrzenie w roztokę kipieli. Tam on z głową w aureoli brzasku patrzył wciąż w górę, szukał wciąż oczyma jej oczu. I spotkał się z nimi raz jeszcze. Spojrzenia ich głodne siebie zwarły się ponownie na długi, nieśmiertelny moment. Po twarzy kobiety przesunął się uśmiech bolesnej, najtkliwszej pieszczoty i zgasł bezpowrotnie. Całą siłą woli oderwała się od parapetu i zwracając się do towarzyszki, rzekła krótko:
— Idę za tobą, siostro.
I odeszła, unosząc z sobą złocistą wizję głowy w otęczy zarania.
Gdy z krużganka zstąpiły w klasztorny dziedziniec, u wrót kościoła krzesano już ogień; dobyte z krzemienia iskry objęły płomieniem pęk cierni i rozjarzyły węgle. Ksiądz Pszenicki we fioletowej stule i ornacie poświęcił ogień i grana203 kadzidła. Gdy akolita włożył płonące węgle do trybularza, celebrans wsypał na nie z łódki szczyptę kadzidła i skrapiając świeży znicz Pański święconą wodą, odmówił antyfonę: „Asperges me”.