Tymczasem w kościele pogaszono wszystkie światła; mroczne wnętrze świątyni krwawiące tylko rubinem lampki wieczystej przed Najświętszym Sakramentem wyglądało jak czarna, posępna czeluść z drgającym pośrodku pulsacją agonii sercem...

Uroczysta procesja wyruszyła od kruchty w głąb kościoła: na czele thuriferarius z trybularzem i łódką, obok ministrant z granami kadzidła na tacy, dalej crucifer z krzyżem, diakon w białej dalmatyce dzierżący trzcinowy trójkąt z trzema świecami, a po jego lewicy sługa kościelny ze stokiem zapalonym u świeżego ogniska; pochód zamykał ksiądz kapelan Pszenicki i orszak Morskich Panien o parę kroków za nim. Trzykrotnie w drodze od przedsionka do Wielkiego Ołtarza przyklękała procesja, trzykrotnie ksiądz wikary przechylał trianguł ku stokowi ministranta i śpiewając głębokim swym, pięknym głosem hymn „Lumen Christi204”, zapalił kolejno wszystkie trzy odrośle trzcinowego świecznika.

Doszedłszy do ołtarza, procesja rozdzieliła się: siostry zakonne usunęły się na prawe skrzydło prezbiterium i zajęły miejsca w stallach — diakon w asyście ministrantów po odebraniu błogosławieństwa z rąk celebransa odszedł w stronę pulpitu po lewej i tu zaintonował pogodną, pełną nadziei i blasków pieśń: „Exultet”, w czasie której włożył w otwory paschału205 grana kadzidła.

Z rozjaśnionym, radosnym obliczem stał celebrans przy Wielkim Ołtarzu i twarzą zwrócony ku diakonowi słuchał jego pieśni. Tamten tymczasem, kończąc ją w spadkach rytmicznych, po słowach: „rutilans ignis accendit206” zapalił paschał jedną ze świec triangułu.

Czekała z niecierpliwością tej chwili siostra zakrystianka: skwapliwie podeszła zaraz do paschału, przytknęła doń mały, woskowy stoczek na trzcinowej lasce i tak pożyczywszy sobie świętego ognia, zaczęła nim obdzielać lampy po niszach i kaplicach. Pojaśniało od razu w kościele i jakby duch nowy, duch lepszego jutra wstąpił do świątyni.

Ksiądz Pszenicki wraz z diakonem, przywdziawszy fioletowe szaty, zaczęli czytać profecje przeplatane pieśniami i odpowiedziami kantorek. Po ostatniej ustawił się znów orszak procesyjny i przyszła kolej na święcenie wody...

Stała w części południowej dziedzińca marmurowa cysterna ze statuą Madonny; słodka postać Królowej Niebios odziana we fałdzistą, błękitną szatę wynurzała się z kamiennej czary i kęp paproci, błogosławiąc płynnemu żywiołowi z łagodnym, ledwo dostrzegalnym uśmiechem na twarzy.

W tę to stronę skierowała się teraz procesja. Chór zakonnic wspomagany głosami obu księży i ministrantów śpiewał psalm: „Sicut cervus desiderat ad fontes aquarum”. Uroczysta pieśń przesiąknięta wzniosłą symboliką porównań odbijała się gromkim echem od murów dziedzińca i płynęła w górę poza ich kamienne zręby na kaszubskie bielawy i okola:

— Jak jeleń tęskni za wodą źródlaną, tak tęskni za Tobą dusza moja, Panie. Spragnioną jest wielce dusza moja Boga żywego; kiedyż, ach kiedyż stanę przed Jego obliczem? I były mi łzy moje chlebem dnia i nocy, bo dzień w dzień stawiano mi pytanie: „Gdzież jest Bóg twój?”.

Tak przyszli do studni. Śpiew umilkł. Ksiądz Pszenicki rozdzielił dłonią powierzchnię wody w kształt krzyża, po czym podniósłszy w górę rękę, przeżegnał ją, trzykrotnie błogosławiąc: