Szła od tych statków jakaś moc wielka, jakiś rozmach heroiczny i podnosił pierś rytmem dumy, rozkołysywał krew dreszczem entuzjazmu.
Warmski przystanął na chwilę i z rozkoszą wodził oczyma po stalowych kadłubach, barczystych, działowych basztach i wieżach, przyczajonych do skoku, pływających kasztelach i fortalicjach, po całym tym wojennym dobytku Rzpltej, tym morsko-bojowym dostatku, co bronił granic, strzegł dobra pospólnego i uczył wrogów moresu. A gdy już nasycił rozkochane oczy obrazem rodzimej siły i tężyzny, ruszył dalej nabrzeżami wzdłuż portowego basenu.
Po drodze witał znajome hangary wodoplanów i ślizgów, bezpieczne przystanie samolotów i aerostatków, z uśmiechem przyjaźni mijał zbożowe spichrze i magazyny, płodów polskiej ziemicy szafarzy i rozdawców. W brzasku nadbrzeżnych latarń lśniły krzyżownice kolejek rozdzielczych, rozpinały się na granacie nieba zamaszyste linie dźwigów, elewatorów i żurawi. Jeden z nich o herkulicznych wymiarach, nośności 5 ton, wyciągu 14 m, mimo spóźnionej już pory, pracował niezmordowanie: potworną, żelazną swą żuchwą za pomocą uchwytów samoczynnych przeładowywał węgiel z wagonów na lichtugę „Maciek”.
„Szczęść Boże przy pracy, wierny sługo!” — pomyślał Warmski z rozrzewnieniem i wszedł w dziedzinę olbrzymich turbin hydroelektrycznych. Tutaj tętniło serce portu, tutaj schodziły się wszystkie arterie polskiego strądu, przysposabiało się wielkie dzieło ochrony brzegowych granic; tu za pociśnieciem guzika rozpalały się wszystkie latarnie portowe, stąd płynęło światło i ciepło daleko w głąb lądu a czasu wojny wywiązywały się potężne pola elektromagnetyczne tworzące wzdłuż polskiego wybrzeża nieprzebytą dla wroga zaporę.
Warmski zawrócił znów w stronę basenu; był już w pobliżu mola południowego. Przed nim jeżył się las masztów przekreślonych poprzeczkami rej, wybrzuszały się kadłuby opasłych „kupców” wszystkich narodowości, kołysały w podskokach fali parowce śrubowe i kołowe, motorowce, holowniki, transportowce, drzemały przycumowane żelaznymi postronkami do knechtów nabrzeża ociężałe, węglem i drzewem ładowne berlinki, lichtugi i barże. Tu i tam przemykały cicho pomiędzy torsami statków zwinne i obrotne jak frygi awiza, snuły się podobne widmom nocnym kutry celne i małe a czujne statki strażnicze.
Po zmierzwionej lekko powierzchni wody pląsały czerwone i zielone rzuty latarń burtowych, drgały strzeliste wrzeciona złotożółtych świateł znad dziobów i ruf.
Powietrze przepełniał charakterystyczny obrzask portu handlowego: ostre wyziewy skór i ryb, zapach zamorskich korzeni, woń przetworów chemicznych, ropy naftowej, garbników, smarów i mazi.
Warmski obrzucił krótkim spojrzeniem ten kołyszący się na fali świat przemysłu i handlu, po czym przemierzywszy szybkim krokiem w poprzek nasadę mola, zagłębił się w dzielnicę rybacką. Nie szukał już długo; u wylotu najbliższego zaułka powitała go z daleka rozświetlona pstrokatym lampionem wywieszka: „Gospoda pod wyjącą syreną”. Tu zawinął.
Zaraz u wejścia owionął go zapach absyntu, piwa i pikantnych zakąsek. Poprzez zasłonę tytoniowego dymu zalegającą ciężkimi warstwami wnętrze ujrzał w perspektywie parę izb wypełnionych po wręby gośćmi. Byli to przeważnie marynarze wszelkich narodowości i ras i kilku tubylców-rybaków. Od szczelnie obsadzonych stołów dolatywały strzępy słów i rozmów, spoglądały twarze smagłe od pocałunków podzwrotnikowego słońca, wyzywające, zuchowate, ryzykanckie. Czasem ponad zgiełk głosów wybijało się przekleństwo mocne jak udar maczugi, jakiś okrzyk dziki i groźny jak orkan lub śmiech huczny jak odgłos przyboju. Za ciasno było tu w tej zamkniętej przestrzeni synom morza przywykłym do szerokiego gestu fali, bezkresnych dali horyzontu i gigantycznych wymiarów. Toteż co chwila wybuchali odruchami żywiołu.
Przy jednym ze stołów jakiś mat z harpunniczego statku zakotwiczył na amen uwagę współbiesiadników opowiadaniem swych przeżyć z ostatniego rejsu. Twarz młoda jeszcze, a już schłostana dmami północnych wichrów mieniła mu się łuną entuzjazmu; jasne, stalowoniebieskie oczy ciskały błyskawice świateł, a bujna, płowa czupryna miotała się jak lwia grzywa w podrzutach głowy. Mówił wartko, z temperamentem. Słowa jego pełne rozmachu i swobody miały siłę schełbionych deneg215 i malowniczość morskiego krajobrazu. Z ich płynnej, toczącej się zwycięsko rozchwiei wypadały od czasu do czasu zwroty przedziwne w swej pierwotnej plastyce, wyrażenia jedyne w swej dzikiej krasie...