Właśnie odtwarzał jakiś manewr żeglarski. Wpatrzony przed się w przestrzeń, może w rozłogi oceanu, ilustrował całym sobą zwroty statku.
— Uważacie, chłopcy — mówił, przechylając się na lewo — Szkuniec położył się na bakbort i wyszedłszy z pełnego wiatru prawym ciągiem, zakołował i zawrócił lewym. To był ruch, panowie! Niech go kule biją! Zeszliśmy wprawdzie z kursu o dwa rumby, lecz mitręga opłaciła się sowicie: upolowaliśmy w ciągu kwadransa aż trzy sztuki.
— Zdryfowałeś216 kaducznie217! — wołał głos czyjś ochrypły z sąsiedniej izby i zamilkł zduszony ogólnym rozgwarem.
— Rafy na kursie! — krzyczał ktoś inny wysokim, piskliwym dyszkantem.
— A ja wam powiadam, braciszkowie mili — tłumaczył swej grupie jakiś osobnik stentorowym basem — że w takim wypadku najlepiej wziąć trajsle218 na gejtawy219, spuścić kliwry i sztaksle i lec w dryf220...
— Ha, ha, ha! — przerwał mu wywód któryś ze słuchaczy. — Ha, ha, ha! Legnąć w dryf, powiadasz? Wśród pełnego sztormu, co? Dobry sobie! Czyś ty, Kuźma, przypadkiem nie zdryfował do Tworek221? Co?
— Lec w dryf, powiadam! Środek niezawodny! — upierał się tamten.
— Cholera brodzka! — klął na całe gardło jakiś sternik z Małopolski. — Zmyło mnie galantnie w kluzę222; małom kulasów nie pogubił. Aliści, moiściewy, jak nie wygramolę się z dziury, jak nie chwycę za rumpel, nie zawrócę młyńca ku nawietrznej, aż zachrobotało coś w szturwale223.
Kapitan brygolety przekraczał już próg trzeciej z rzędu izby. Wtedy w kącie, za szklanicą grogu spostrzegł nareszcie Sowę. Bosman na widok Warmskiego podniósł się ku niemu: ogromny, atletyczny, z podłużną, siną szramą na policzku.
— Wedle rozkazu, panie kapitanie! — rzekł, prostując się przed nim o parę kroków.